Home HomeLee Goldberg Detektyw Monk 03 Detektyw Monk i strajk policjiTOM 39 Linda Francis Lee Zakazana milosc08 Detektyw Monk i brudny glina Goldberg LeeLee Tanith Krwawa opera 02 Mroczne duszeChild Lee Jack Reacher Ostatnia sprawaLee Wilkinson Goršczka nocy poœlubnejRowan, Lee Winds of Change (LBR)Klucz do przyszłoœci Brown Debra LeeLee Child Elita zabojcowSnobizm i postep
 

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Cara parsknęła śmiechem. Wcale nie marzę o purpurowej druhnie, a ty, ubrana w takąkreację, wyglądałabyś makabrycznie.Coś takiego musiałaś chyba nosićw pantomimie. Może i tak, kiedyś.pewnie stąd mi to przyszło do głowy. Gdybyś nie była taka zalana, wymyśliłabyś sobie pewnie mniejsceniczną kreację. Chyba masz rację. Zamilkła, ale nie na długo. A jaką suknięty byś włożyła, Caffrey, gdybyś była taką.jak się należy panną młodą? Mam zamiar być  jak się należy" panną młodą, a ty masz być  jaksię należy" druhną.Będę po prostu w mundurze, i tyle.Och, pewnie, że byłaby szczęśliwa, wychodząc za mąż cała w bieli.Suknia miałaby prosty, klasyczny krój, żadnych falbanek, wstążek czykokard  i sięgający do pasa welon, przytrzymywany wiankiem z kon-walii.Wyobraziła sobie swoją matkę siedzącą w kościele w pierwszymrzędzie, wzruszoną i rozemocjonowaną, całą w bladych błękitach  albow łososiowych różach  i w wielkim kapeluszu omotanym woalką.Tatopoprowadziłby do ołtarza swoją jedynaczkę  to zbieg okoliczności, alemama pisała ostatnio, że sprawił sobie nowy garnitur, ciemnoszary, uszytyu Burtonów.Wprost idealny na ślub.Myśląc o ojcu, Cara poczuła nagle, że ma łzy w oczach.W przeciwień-stwie do mamy, tato nigdy nie tracił zimnej krwi, nie histeryzował, niekrytykował ani nawet nie podnosił głosu.Po prostu był  dla mamy,dla niej, dla wszystkich. Wiesz co, Fielding? Mam najcudowniejszego tatę na całym świe-cie  powiedziała, krztusząc się. Na pewno masz, Caffrey.287 Chciałabym, żeby jutro tu był i poprowadził mnie do ołtarza. Każdy byłby lepszy od Culpeppera.Na przykład King Kong albo doktor Jekyll i pan Hyde. Fielding! Czy ty nigdy nie możesz mówić poważnie?  Carastłumiła uśmiech. Naprawdę bardzo się martwię, że mojego ojca niebędzie jutro przy mnie, a ty tylko dowcipkujesz. Chyba nie potrafię być poważna. Fielding zwinęła się w kłębekna siedzeniu, zupełnie jak kotka. Zdrzemnę się odrobinę. Ale z ciebie towarzystwo!  parsknęła Cara, ale Fielding, która kuzazdrości wszystkich potrafiła zasnąć w tej samej chwili, w której zamknęłaoczy, już chrapała.Cara, nucąc Marsza weselnego, jechała pustą drogą.Wieczór był gorący,dało się jednak wytrzymać; słońce, podobne do ogromnej kuli ognia,zachodziło na coraz ciemniejszym niebie.Nic już nie pachniało, bo upałwypalił wszystkie kwiaty.Pola, wzdłuż których jechała, leżały odłogiem;nic już nie miało na nich urosnąć, aż do jesieni, kiedy Cara pożegna Maltę;będzie w Liverpoolu, z już widoczną ciążą.Wstrzymała oddech.To wszystko było takie nowe, tak niespodziewane.I pomyśleć, że za parę tygodni Malta zostanie już tylko wspomnieniem,jak wszystko, co tu się wydarzyło w życiu Cary.Ludzie często przywożąpamiątki z miejsc, które odwiedzili, a jej będą przypominać ten pobytmąż i dziecko.Właśnie dojeżdżała do Barracca Gardens, kiedy zobaczyła dwóchmężczyzn na rowerach, którzy pedałowali jak szaleni.Trąciła Fielding,włączyła sygnał i zahamowała. Wyszpiegowałam tych twoich gagatków.Kit podjechał pierwszy.Wetknął głowę w okienko i pocałował Carę. Witaj, kochanie.Jutro o tej porze. Nie dokończył, tylko nanią spojrzał, a miłość w jego oczach sprawiła, że Carze zachciało siępłakać. Wiem. Jutro o tej porze będą na Gozo, naprawią wszystko to,co przedtem popsuli. Już nie mogę się doczekać  szepnęła.Mogłaby tak siedzieć do końca świata, patrząc mu w oczy, przypo- mniała sobie jednak o poruczniku Banksie, który czekał na nią w kwaterzegłównej. Muszę jechać  westchnęła  ale pózniej będę ci miała do powie-dzenia coś bardzo ważnego. Powiedz teraz  zażądał.288 Nie, pózniej. Roześmiała się. Spotkamy się w kantynie?Wypijemy z dziewczynami.W drodze powrotnej prawie na pewno ich minie i dojedzie tampierwsza.Pocałował ją znowu. OK.Ruszyła.Mac już był w drodze.Jechał zakolami z jednej strony nadrugą.Na kierownicy posadził Fielding, która chichotała jak wariatka.Pomachali do niej. Cześć, Caffrey!W chwili gdy zatrzymała samochód przed kwaterą główną, rozległo sięprzeciągłe wycie syreny, zapowiadającej bliski nalot.Poczuła strach.Jeszczenigdy nie była w Valletcie podczas nalotu.Na rozmaite części wyspy spadłojuż mnóstwo bomb, ale ich głównym celem były zawsze doki.Porucznik Banks czekał, uderzając się nerwowo laseczką po udzie.Kiedy zahamowała, spojrzał znacząco na zegarek. Spózniłaś się, Caffrey  warknął, siadając na tylnym siedzeniu. Jechałam tak szybko, jak tylko się dało  odparła Cara sztywnoi dodała z oporami  sir".Porucznik był młody, arogancki i zawsze miała wrażenie, że traktujeją jak jaskiniowca.Fielding wprost genialnie naśladowała jego manie-ryczny sposób mówienia, ze zduszonymi samogłoskami i połkniętymispółgłoskami.Widać już było nadlatujące nad Maltę włoskie samoloty.Zachodzącesłońce odbijało się w srebrzystych kadłubach, zmieniając je w jakieś niezwykłe owady.Zmiercionośne owady, pomyślała z drżeniem sercaCara  nosiciele śmierci i zniszczenia. Czy oni nigdy nie słyszeli o kamuflażu?  zadrwił porucznikCara wyjechała z Valletty najszybciej, jak tylko mogła; jechała do wIomogłuszającego łoskotu wybuchających bomb.We wstecznym lusterkuwidziała niebo, pokrywające się stopniowo chmurą czarnego dymu.O Boże, proszę, nie daj mi zginąć przed jutrem, modliła się w duchu.Wydawało jej się niezmiernie ważne, by pozostać przy życiu do czasu,aż wyjdzie za mąż za Kita.Ku jej przerażeniu, jakaś bomba upadłaz prawej strony drogi, tak blisko, że Cara poczuła, jak ziemia drży.Porucznik Banks nie odzywał się ani słowem; zastanawiała się, czy onteż się boi.Dymy i płomienie przesłoniły niebo.Cara przyspieszyła,szybkościomierz przekroczył 110 kilometrów.Nigdy dotąd nie gnała tak289na łeb, na szyję.Musiała jednak zwolnić na widok dwóch jadących przednią rowerów.Były o jakieś czterdzieści metrów od niej.Mac pewnie sięzmęczył, bo Fielding siedziała teraz na ramie roweru Kita.Cara zatrąbiła,mijając ich, a oni odpowiedzieli brzęczeniem swoich dość zardzewiałychdzwonków.Porucznik Banks cmoknął zirytowany. Nieodpowiedzialni idioci!Cara znowu przyspieszyła.Przejechała jakieś osiemset metrów, kiedyziemia znów się zatrzęsła.Patrzyła na lewo, na prawo, przed siebie, niemogła jednak dostrzec miejsca, w którym spadły bomby.To musiało byćgdzieś z tyłu za nią.Spojrzała w lusterko, ale odbijał się w nim tylkoczarny dym. Caffrey!  warknął porucznik Banks. Co? Dlaczego stanęłaś?Nie zdawała sobie sprawy z tego, że stanęła, tylko patrzyła w lusterkoi czekała, aż wreszcie zobaczy w nim rowery.  Caffrey!Wysiadła z auta i poszła z powrotem drogą, którą przyjechała; właś-ciwie biegła, szukając rowerów.Gdzie oni są? Przecież nie zostali aż tak daleko w tyle.Dlaczego sięnie pokazali, nie przejechali przez ten dym, wszyscy troje, Kit, Maci Fielding, śmiejąc się, że udało się im zwiać?Zbliżała się do leja, powstałego w miejscu, gdzie spadła bomba, kiedysię natknęła na skręcony kawał metalu.To był rower Maca; jedno z kółjeszcze się kręciło, wydając cichy dzwięk.Ani śladu roweru Kita; już pochwili jednak dostrzegła jego samego.Smukłe ciało leżało na ziemiz rozłożonymi rękami, całkiem nieruchomo [ Pobierz całość w formacie PDF ]