Home HomeTom Clancy Net Force 01 Net ForceBradford Taylor Barbara Emma Hart 01 Kariera Emmy Harte tom 02Alexandra.Ivy. .Straznicy.Wiecznosci.Tom.7. .Zachlanna.ciemnosc.(P2PNet.pl)Erikson Steven Malazańska Księga Poległych Tom 6.1 Łowcy Koœci. PoœcigClancy Tom Jack Ryan 04 Polowanie na Czerwony PaŸdziernikŒw. Tomasz z Akwinu 33. Suma Teologiczna Tom XXXIIIMAURYCY MOCHNACKI Powstanie Narodu Polskiego w 1830 i 1831 tom IIClancy Tom Jack Ryan 03 Polowanie na Czerwony PaŸdziernikJohannes Eckhart Księga Boskich pocieszeń IIAndriej Lewicki Łowca z Lasu
 

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Wiedzma rozdętymi chrapami wciągnęła powietrze.Krótkie, nierówne włosy opadły jejna twarz, przesłaniając sińce i stare szramy.Od burzy, która pochłonęła czterech wojowników,drużynnicy Warka ani razu nie próbowali jej wywlec z klatki.Bali się.Z ogromnym trudemZbiegun zdołał ich przekonać, że sztorm wcale nie przybył na wezwanie przeklętnicy - gdybybyło inaczej, czyż pozostawiłby ją w niewoli?Czarnywilk nie był wcale pewien, czy uwierzyli.W każdym razie nie nastawali więcej nawięzniów.Czasami obrzucali ich nieczystościami, lecz zwykle trzymali się z daleka.Poddali się, pomyślał Czarnywilk.Wszyscyśmy się poddali.Może z wyjątkiem heretyckiego kapłana, który wyłonił się z ciemnej wyrwy, któraniegdyś była wejściem do warowni.Wiatr rozmiatał jego kapicę, odsłaniając blade,pokrzywione łydki i kościste kolana.Czarnywilk odruchowo spróbował sięgnąć po sztylet, kikut ramienia uniósł się i opadłbezwładnie.Zresztą nie miał broni.Cokolwiek przybliżało się z głębi Wewnętrznego Morza,był zupełnie bezradny.Kapłan szedł ku nim długimi, posuwistymi krokami człowieka, który właśnie podjąłdecyzję, i stary Zwajca zrozumiał, że nie ma najmniejszego znaczenia, kogo niesie ta odległanawa.Nawet najzagorzalsi zausznicy Warka nie przyklasną temu, co wydarzyło się naPrzychytrzu, i nie uraduje ich widok poranionego władcy.Poza tym niemoc Warka nieusprawiedliwiała okaleczenia Suchywilka.To nie był zbuntowany bojar ani pomniejszeksiążątko, które można wybatożyć, a potem nawlec za żebro na hak gwoli uciechy gawiedzi,tylko najwyższy zwajecki kniaz.Sinoborskie brzegi nadal leczyły szczerby po najazdachsmoczych okrętów. Powinni nas zabić dawno temu, pomyślał, kiedy Zbiegun znalazł się tak blisko, że Zwajcaodróżniał kępki kędzierzawego szarego włosia na jego czaszce, jeszcze parę tygodni wcześniejgładko wygolonego na kapłańską modłę.Ale Sinoborzanin wciąż nie nasycił się zemstą.Poprostu nie umiał sobie odmówić widoku wrogów, którzy dzień po dniu zdychali na jego oczach.Chmury wyginały się nad nim, czarne i obrzmiałe deszczem.Wicher śpiewał o śmierci,opuchłych ciałach topielców i statkach gnijących na dnie morza.A jeśli, pomyślał, dziwnie oszołomiony tym podejrzeniem, tak samo postąpiono zWarkiem? Jeżeli wszystko rozstrzygnęło się również poza jego wolą?Odkąd uciekli z Przychytrza, ani razu nie widział sinoborskiego kniazia.Owszem,dorastając pod bokiem Krobaka, chłopak musiał nawrzec okrucieństwem i zdradą, jak glinianygarnek.Lecz upokarzanie Zwajców było targaniem niedzwiedzia za brodę.Zbiegun zatrzymał się na wprost klatki.Nie więcej niż trzy kroki od żelaznych sztab.Wciąż się bał, Czarnywilk czytał to wyraznie w jego oczach.Niepotrzebnie.Kiedyś, zanimzaczęło się to upiorne lato, Zwajca zdusiłby go jak ślepego kociaka.Ale nie teraz.Wzdrygnął się.Kikut ramienia swędział go nieznośnie, lecz za nic na świecie nie chciałsię drapać.Nie zamierzał przypominać temu nędznemu człowieczkowi o swojej stracie.Kapłan nie patrzył jednak na niego.Wpił się wzrokiem w błękitnooką niewiastkę,zupełnie jakby chciał ją przebić na wylot.- Nie zaśpiewałaś dla mnie - wyrzekł ochryple.- Nie zawołałaś dla mnie ponad morzem.Czarnywilk aż się cofnął.Głupcze! - pomyślał.Czyż śmiertelnik może kierować burzą?Na czole niewiastki zastygł czerwony pająk - nieruchoma kropla krwi, która zarazścieknie ku ziemi.Coś się w niej budzi, odgadł z przestrachem Czarnywilk.Jednak nie mógł się poruszyć.Jakby go bogowie spętali zaklęciem.Kątem oka ułowił jakieś drgnienie.W głębi klatki kłąb szmat oraz przegniłego sianazadygotał i wybrzuszył się gwałtownie.Zwajecki kniaz uniósł się, ogromny i straszliwy,pokryty brudem, zaschniętymi odchodami i krwią.Wychrypiał coś niezrozumiale.Słowagubiły się w niemal zwierzęcych chrząknięciach i charkotach.To jednak wystarczyło, żebyZbiegun zawahał się, i Czarnywilk zdołał wyrwać się spod czaru.Szarpnął wiedzmę i pociągnął ją w głąb klatki, poza zasięg noża kapłana.Zbiegun zmrużył oczy.Sięgnął do sakiewki, gdzie trzymał klucze otwierające klatkę.- Bywaj tu który! - wrzasnął.%7ładen z drużynników Warka nie zwrócił na niego uwagi.Jak oczadziali gapili się nasmoczy okręt, który kołysał się na grzbiecie fali, żeby zaraz zapaść się w dolinę.Ale kapłan znów krzyknął, bardziej nagląco, i dwóch wojowników niechętnie oderwało się od towarzyszy.Drobne kamyki pryskały spod ich butów.Wtedy zwajecki kniaz znowu się odezwał.- Moje dziecko - usłyszał ze zdumieniem Czarnywilk.- O bogowie, moje dziecko.Tyle że to nie była Szarka.Smocza łódz wyprysła ponad fale i jakiś zagubiony promieńsłońca padł na dziobnicę.Złoty smok rozdziawił paszczę i szpakowaty Zwajca rozpoznał znakpowiewający na szczycie masztu.- Skwarna! - wykrzyknął ktoś.- To idzie Skwarna!Suchywilk osunął się w przegniłe leże, zupełnie jakby znów odeszły go siły.Czarnywilkchciał podejść, położyć mu rękę na ramieniu.Nie zdążył, bo sinoborscy wojownicy zakołysaliklatką i jęli ją ściągać ku ziemi.Lecz kiedy ich więzienie opadło ze stukotem na kamienie,wiedzma roześmiała się.Dzwięk był tak nieoczekiwany, że wszyscy znieruchomieli - kapłan,Zwajca i obaj Sinoborzanie, w których twarzach obawa mieszała się z nienawiścią.Jasnowłosa niewiastka z szeroko rozpostartymi ramionami zawirowała na metalowejpodłodze.Dziwne, lecz Czarnywilk miał wrażenie, że wysoko na niebie sine i granatowechmury zatańczyły jak żywe stworzenia, wiernie naśladując jej ruchy.Pasma włosów unosiłysię na wietrze, splatały z kurzawą.A pomiędzy nimi widział jeszcze coś.Czerwone krople,płynące po policzkach jak łzy.Zbiegun coś wykrzykiwał.Nie ośmielił się jednak przybliżyć do klatki.Jego ludzierównież trwali nieruchomo, niepewni, co dalej czynić.A wiedzma obracała się coraz prędzej w obłąkańczym tańcu.Jej ręce, włosy, strzępyprzyodziewku zbiegły się w szary wir, gotowy pochłonąć wszystko wokół [ Pobierz całość w formacie PDF ]