Home HomeLerum May Grethe Puchar Boga Słońca 03 Cena łaskiLerum May Grethe Puchar Boga Słońca t.3 Cena łaskiJanusz Aleksandra Dom Wschodzacego Slonca 001 Miasto magowChimamanda Ngozi Adichie Polowka zoltego sloncaZevin Gabrielle Moja mroczna stronaRoberts Nora 01 Klejnoty słońcaWood Barbara Córka słońca(1)Cien Slonca A.S. ByattJohn C Wright Golden Age 01 The Golden Agevademecum maturzysty jć™zyk polski
 

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Był tak zmęczony, że miał ochotę przespać się w kuchni na podłodze.Popatrzył na porozrzucaną odzież.Doszedł do wniosku, że spodnie, gdy trochę je poceruje, są jeszcze do odratowania.Będzie mógł ich dalej używać do pracy przy naprawie dachu manteionu i innych zajęć fizycznych.Opróżnił kieszenie, wyjmując paciorki modlitewne, dwie karty Krwi oraz kilka drobiazgów.Wszystko to położył na starym kuchennym stole.Tunika była w opłakanym stanie, po praniu nada się na szmaty.Wrzucił ją do kosza z brudami, wytarł się do sucha ręcznikiem i ruszył do łóżka.Gdyby nie dojmujący ból w kostce, zasnąłby w połowie drogi do sypialni.Jego osioł zniknął w żółtym domu.Odłamki szklanki, którą Krew rozbił strzałem z igłowca ślicznej Hiacynt, chrzęściły pod kopytami zwierzęcia, a rogata sowa, wielka niczym lotnik, krążyła mu nad głową, wyczekując odpowiedniej chwili do ataku.Zadrżał na widok dwóch częściowo zasłoniętych włosami ran na szyi biednej Rzep.Ran od ptasiego dzioba.Osioł niczym pies zacisnął zęby na jego kostce.Mimo że tłukł zwierzę po łbie laską z głową Sphigx, nie chciało rozewrzeć pyska.Jego matka jechała w damskim siodle na ośle Alki – widział ją nad dachami domów, lecz nie mógł jej zawołać.Należące do niej drewniane popiersie calde leżało wśród opadłych liści.W jego rękach zmieniło się w piłkę.Wsunął ją do kieszeni i wtedy się obudził.Do sypialni wpadało słońce, jaskrawe, gorące, Jedwab dosłownie ociekał potem.Usiadł i napił się z dzbana ciepławej wody.Sprawdził, czy zardzewiała kasa wciąż stoi pod łóżkiem.Znów się położył.Przypomniał sobie, że w kasie zamknął śliczną Hiacynt.Ubrany na czarno diabełek ze skrwawionym mieczem w ręku stał na jego torsie i przechylając głowę to w prawo, to w lewo, bacznie mu się przyglądał.Gdy Jedwab poruszył ręką, diabeł odleciał, furkocząc niczym chorągiewka na wietrze.Przez okno wpadała sucha ulewa, toczyła się po podłodze, lecz nie przynosiła ze sobą ani podmuchów wiatru, ani ulgi od panującego żaru.Jedwab jęknął i wtulił spoconą twarz w poduszkę.Obudziła go dopiero maytere Marmur, która za otwartym oknem głośno wołała jego imię.Wciąż oszołomiony snem nie próbował zgadywać, jak długo spał.Podejrzewał, że niezbyt długo.Niezdarnie dźwignął się z łóżka Obok tryptyku pracowity zegar wskazywał, że już dochodzi południe.Jedwab próbował sobie przypomnieć pozycję wskazówek, w chwili kiedy szedł do łóżka.O ósmej, może trochę po.Rzep, biedna mała Rzep została zaatakowana przez sowę… lub przez diabła.Diabeł ze skrzydłami dostał się przez okno, lecz żaden diabeł nie uderza dwukrotnie.Jedwab zamrugał powiekami, ziewnął i przetarł oczy.– Paterę? Jesteś tam?Nie mógł zbliżyć się do okna, bo Marmur by go zobaczyła nagiego.Grzebiąc w szufladzie w poszukiwaniu czystej bielizny, zawołał:– Słucham, maytere?– Przyszedł lekarz! Mówi, że chce cię zbadać! Czy coś ci się stało?– Chwileczkę.Jedwab włożył najlepsze spodnie, jedyną parę, jaka mu została, i podszedł do okna.Dwa razy syknął z bólu, bo nastąpił na jakieś kamyki.Maytere Marmur stała na wąskiej ścieżce, jej uniesiona twarz błyszczała w gorących promieniach słońca.Towarzyszył maytere doktor Żuraw.W ręku trzymał podniszczony lekarski neseserek.– Niech bóg wam sprzyja tego ranka! – zawołał uprzejmie Jedwab.W odpowiedzi Żuraw zamachał wolną ręką.– Pamiętasz? W sphigxdag i hieraxdag odwiedzam tę część miasta.A dzisiaj jest sphigxdag.Wpuść mnie do środka!– Za chwilę.Muszę się ubrać.Sięgnął po laskę z rączką w kształcie łba lwicy i mocno utykając, zszedł po schodach na parter.Ręka i noga bolały go dużo bardziej niż przed położeniem się do łóżka.Był przekonany, że przestały działać środki uśmierzające ból, zaaplikowane mu w nocy przez Żurawia – jak też potężna dawka alkoholu, którą nierozważnie wypił.Kulejąc i krzywiąc się z bólu, wszedł do kuchni.Szybko wsunął do kieszeni spodni pozostawione na stole drobiazgi.Zawahał się tylko chwilę przy igłowcu.– Paterę?Okno wychodzące na ogród wciąż zasłaniał koc.Jedwab przeszedł do sellarii, otworzył drzwi i natychmiast rozpoczął prezentację:– Maytere, to jest doktor Żuraw…Maytere Marmur poważnie skinęła głową, a lekarz powiedział:– Już się poznaliśmy.Marmur zagadnęła mnie, gdy wrzucałem przez okno kamyki do twego pokoju.Byłem pewien, że to twój pokój, bo ze środka dochodziło potężne chrapanie.– Posłałeś po doktora? – spytała maytere.– On jest nowy w naszej dzielnicy.– Mieszkam gdzieś indziej – wyjaśnił Żuraw.– W tej części miasta na umówione spotkania pojawiam się dwa razy w tygodniu.Moi pacjenci o tej porze zwykle śpią.To straszne śpiochy.– Mrugnął do Jedwabia żartobliwie.– Ale miałem nadzieję, że patere jest już na nogach.Jedwab ponuro łypnął okiem na lekarza.– Ja również jestem śpiochem.W każdym razie dzisiaj.– Przykro mi, że cię zbudziłem, ale będę mógł później odwieźć cię na umówione spotkanie.Nie wolno forsować chorej nogi.– Wskazał drzwi sellarii.– Powinieneś usiąść.Wejdźmy do środka.– Czy mogę popatrzeć, patere? – zapytała maytere.– Przez drzwi… ?– Naturalnie – odparł Jedwab.Na rozmowę z Żurawiem w cztery oczy będzie miał czas podczas jazdy do żółtego domu.– Skoro sobie tego życzysz.– O niczym nie wiedziałam.Maytere Róża wspomniała coś maytere Mięcie i mnie przy śniadaniu, ale sama niewiele wiedziała.Bardzo… bardzo się na nią zirytowałeś.– O, bardzo.Jedwab z przygnębieniem pokiwał głową i wszedł do sellarii.Poczucie winy silniej mu dokuczało niż ból kostki.Maytere Róża była głodna, a on odmówił jej strawy [ Pobierz całość w formacie PDF ]