Home HomeChce byc kochana tak jak chce Katarzyna Miller, Ewa KonarowskBidwell George, Bidwell Anna Admirał i kochanek (Horacy Nelson)Heath Lorraine Najwspanialsi kochankowie Londynu 02 Jego przyjemnoœciAnthony Piers Xanth 17 Olbrzymie KochanieAnne Tracy Warren 01 Niewinna kochankaAnne Tracy Warren 03 Ostatnia kochankaDickey Eric Jerome Przyjaciele i kochankowieGregory Philippa Tudorowie 3 Kochanek dziewicy§ Sheldon Sidney Ranek, południe, nocAmey Stone, Mike Brewster The King of Capital, Sandy Weill and the Making of Citigroup (2002)
 

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Mamy pózną jesień, morze jest burzliwe,więc odłóżmy przeprawę na inny czas.Nadchodzi Boże Narodzenie.Justyn i ja odwieziemypanie do Mostyn Hall.Beth wyrwała dłoń z jego uścisku.- Rozumiem, w czym rzecz! Chce pan, żebym porzuciła swoje dążenia i przerwałapodróż.Już panu mówiłam, że tego nie zrobię.Doskonale pamiętam każde pańskie słowo wy-powiedziane podczas naszej ostatniej rozmowy.Zapewniam, że nie jest pan osobą, którą wczasie tej wyprawy wypada mi prosić o opiekę. Przemknęła obok niego i ruszyła pod górę.Pędziła, co sił w nogach, starając się niepoślizgnąć na nierównym bruku.Wiedziała, że Markus idzie za nią krok w krok,podtrzymując usłużnie, ilekroć potykała się na wilgotnych liściach.Tego się właśnieobawiała.Gdy dotarli do głównej ulicy, policzki miała czerwone z wysiłku.Była zgrzana,zakłopotana i zła.Idący obok niej Markus oddychał spokojnie i wydawał się ubawiony sytuacją.Beth przeszła przez ulicę i omal nie wpadła pod wóz jadący z turkotem międzytargowymi straganami.Otworzyła szeroko drzwi zajazdu  Pod Pałacem i Piłką ,zdecydowana skłonić Charlotte do natychmiastowego wyjazdu.Usłyszała jej głos dobiega-jący zza drzwi małego salonu.Natychmiast wpadła do środka.Charlotte i Justyn Trevithick jedli śniadanie.Na stole były jeszcze dwa nakrycia, atakże półmisek z zimnym mięsem, pieczywo, ciasto i owoce.Charlotte podniosła głowę iuśmiechnęła się do kuzynki.Wyglądała ślicznie.Policzki miała zarumienione, twarzrozpromienioną.- Witaj, Beth! O, jest i lord Trevithick! Siadajcie z nami do stołu.- Odsunęła sąsiedniekrzesło i uśmiechnęła się do Beth.- Mam wspaniałą nowinę! Pan Trevithick i lord Markuszgodzili się towarzyszyć nam do końca podróży.Co o tym sądzisz, kochanie?- To śmieszne! - mruknęła Beth, wsparta o miękkie poduszki z zielonego aksamitu.Przez okno powozu obserwowała mijane krajobrazy.- Jak mamy się ścigać, skoro jesteśmyteraz pod opieką tych samych dżentelmenów, których miałyśmy zostawić w tyle? Zastanówsię, Charlotte.Przecież to kompletny idiotyzm.Kuzynka przyglądała się jej z niezmąconym spokojem.Sprawiała wrażenie znaczniebardziej zadowolonej z życia.Nie pociągały jej wielkie wyzwania, nie lubiła ryzyka.Wobecności lorda, a zwłaszcza jego kuzyna, nabrała otuchy, bo nie musiała się troszczyć ocodzienne życiowe sprawy.Beth westchnęła z rezygnacją.- Moim zdaniem wcale nie musimy się ścigać.To był głupi pomysł - odparła pogodnieCharlotte.- Teraz wszystko ułoży się znakomicie.Zirytowana Beth poruszyła się niespokojnie.- Oczywiście! Rzecz w tym, że jeśli nie pozbędziemy się lorda, zamiast dotrzeć naFairhaven, zostaniemy odstawione prosto do domu.- Wyjrzała znowu przez okno i ujrzałaMarkusa jadącego na karym rumaku, więc natychmiast odwróciła wzrok.Szkoda, że dlazabicia czasu nie wzięła ze sobą książki.Co prawda, pogoda była tak piękna, że wolała po-dziwiać widoki.Niestety, na tle pejzażu ciągle widziała postać galopującego lordaThreviticka. Justyn powoził, bo jego kuzyn wolał jechać konno.Beth musiała przyznać, że tenostatni na końskim grzbiecie prezentuje się wspaniale, a wierzchowca dosiada z wrodzonąpewnością i elegancją.Po chwili odwróciła wzrok i skupiła się na urokach krajobrazuWiltshire.Drzewa zrzuciły niemal wszystkie liście, lecz widoki zachwycały ascetycznympięknem.Dzień był pogodny, niebo jasnobłękitne, a blask słońca ożywiał sielskie pejzaże.Odkilku tygodni nie padało, więc drogi były suche i wygodne.Na łąkach pasły się krowy.Gdymijali przydrożne osady, widzieli dzieciarnię bawiącą się przed drzwiami chat.Charlottedrzemała, siedząc naprzeciwko Beth, która uświadomiła sobie, że tylko ona jest dzisiaj wponurym nastroju.Minęli kolejną budkę, w której pobierano opłaty za użytkowanie drogi, a potemzboczyli do zajazdu pocztowego, aby zmienić konie.Markus podszedł do drzwi powozu.- Lady Allerton, jest piękna pogoda.Nie zechciałaby pani przesiąść się do mojegopowozu? Zostawiam tu wierzchowca.Jest własnością zajazdu  Pod Pałacem i Piłką.Justynchętnie zajmie pani miejsce.I cóż?- Daj się namówić - wtrąciła Charlotte, nim Beth zdążyła się odezwać.- Lubiszprzebywać na świeżym powietrzu, jesteś ciepło ubrana.Nie widzę przeszkód.To prawda, ale Beth podejrzewała, że kuzynce chodzi raczej o miłe sam na sam zJustynem.Markus otworzył drzwi! przed Beth i wyciągnął rękę, czekając, aż wysiądzie zpowozu, jakby uznał jej zgodę za pewnik.Postanowiła tym razem oszczędzić sobie kłótni.Mieli w powozie gorącą kawę, żeby się ogrzać.Beth nie życzyła sobie rozgrzanejcegły pod stopy, bo uznała, że takie wygody są zbędne przy stosunkowo ciepłej aurze.Nimruszyli, Markus zadbał o wszelkie wygody.Otulił ją kocem i dopilnował, żeby włożyła szal,kapelusz i rękawiczki, dobrze chroniące przed zimnem.Wkrótce Beth przekonała się, że jazdaotwartym powozem ogromnie się różni od podróżowania w pudle karety.Upajała sięszybkością i pędem powietrza, który powodował jednak, że trochę marzła.Przejechali w milczeniu kilka kilometrów.Przerwał je Markus.Odwrócił się do Beth zszerokim uśmiechem.- Mam nadzieję, że podoba się pani taki sposób podróżowania.Gdyby chłód za bardzodokuczał, proszę mi powiedzieć.Natychmiast wróci pani do swojego powozu.Gdy spojrzała na niego, oczy jej się śmiały z radości.- Och, nie, nie! - Popatrzyła wokoło.- Na świeżym powietrzu inaczej chłoniemywrażenia.- Zgadzam się całkowicie - przytaknął z powagą Markus.- Zna pani te strony? - Niestety, nie.Mało podróżuję.Czasami jeżdżę do Londynu i z powrotem.Wtedychętnie podziwiam widoki.- - Beth z wielką ciekawością przyglądała się niewysokim,kształtnym pagórkom w pobliżu gościńca.- Proszę spojrzeć na te dziwne wzgórza.To są pewnie słynne kurhany.Kiedyś o nichczytałam.Mają.tysiące lat.Fascynujące, prawda?Markus roześmiał się na cały głos.- Ciekawi panią historia, lady Allerton? Dzieliła pani z mężem te zainteresowania?Beth odwróciła głowę.Z niejasnych powodów czuła się nieswojo, kiedy rozmawiała zMarkusem o Franku Allertonie i swoim małżeństwie.Zbywała go ogólnikami, a mimo toumiał ją przejrzeć i z wymijających odpowiedzi wydobyć istotę rzeczy.Zresztą nie miała nicdo ukrycia.Jej związek nie był gorszy od innych.Jesień życia połączona z wiosną,.Trudnowtedy o miłość, ale wzajemny szacunek to już coś.- Frank nie miał zrozumienia dla sztuki ihumanistyki - tłumaczyła.- Ja z kolei nie lubię matematyki oraz nauk przyrodniczych.- Przeciwne zainteresowania także bywają inspirujące - zauważył Markus.- Tyle jesttematów do rozmowy.- Zapewne ma pan rację [ Pobierz całość w formacie PDF ]