Home HomeLachlan M D Synowie boga 01 Synowie boga (2)Władcy Ciemnoœci 01 Władcy Ciemnoœci Frank E. PerettiTom Clancy Net Force 01 Net ForceMarlowe Mia Dotyk złodziejki 01 Dotyk złodziejkiMarjorie.M.Liu. .Pocalunek.lowcy.01. .Pocalunek.lowcyPeretti Frank E. Władcy Ciemnoœci 01 Władcy CiemnoœciSchröder Patricia Morza szept 01 Morza szept(1)Peter Berling Dzieci Graala 01 Dzieci GraalaTrigiani Adriana Pula szczęœcia 01 Pula szczęœciaMelissa Marr Opiekunka Grobów 01 Opiekunka Grobów
 

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Jeśli powiem, żeby pani nieodpowiadała na pytanie, proszę nie odpowiadać.- Tak jest - odparłam i niemal zasalutowałam.Jeśli Maggie była wojowniczką, to Sandy jest kapralem od musztry.Stalowe drzwi do wewnętrznej części biura szeryfa rozsunęły się z sykiem i w progu stanął śledczyMarch.Jego brązowy garnitur był jeszcze bardziej wymięty niż rano.- Miło, że pani wreszcie dotarła - zwrócił się do mnie.- Większość wampirów jeszcze śpi, panie śledczy.- Większość też nie surfuje po wschodzie słońca i nie znajduje ciał.Uśmiechnęłam się.- Touche.- Pani Krause - przywitał Sandy.- Panie March.Właśnie poznałam klientkę.Mogę z nią porozmawiać parę minut, zanim zaczniemyprzesłuchanie? March wskazał ruchem głowy korytarz, który ciągnął się za jego plecami.- Przejdziemy do budynku wydziału śledczego.Mogę wam dać najwyżej dziesięć minut na naradę.%7łona mnie zastrzeli, jeśli spóznię się jeszcze bardziej.Sandy skinęła głową i poszłyśmy za Marchem labiryntem korytarzy, aż dotarłyśmy wreszcie do sali zośmioma biurkami, schludnie oddzielonymi niskimi przenośnymi ściankami.Dużą przestrzeńograniczały ściany z rzędami zamkniętych drzwi do - jak się domyślałam - gabinetów albo salkonferencyjnych.March otworzył drzwi do pokoiku niewiele większego niż garderoba.Stary metalowy stolik karcianyz podrapanym blatem stał przyciśnięty do burej ściany.Wokół niego schludnie ustawiono trzybiurowe, metalowe krzesła, z wyglądu raczej niewygodne.- Dziesięć minut, pani Krause.Sandy kiwnęła głową, kazała mi usiąść i wyjęła z aktówki blok do pisania z żółtymi kartkami.- No dobrze.Maggie i Neil powiedzieli mi, co wiedzą, ale to informacje z drugiej ręki, a policja miałacały dzień na przesłuchiwanie świadków.Proszę mi opowiedzieć, co zaszło dziś rano.Opowiedziałam wszystko tak dokładnie, jak pamiętałam.- To się zgadza z wersją Neila.Teraz proszę mi opowiedzieć o wycieczkach w poniedziałek i wtorek.O kłopotach, które miała pani z tym człowiekiem z Przymierza.Streściłam jej pogróżki Kamiennego, najpierw pod moim adresem, potem pod adresem Yolette ispróbowałam się nie zarumienić, opowiadając o tym, jak Yolette startowała do mnie w Scarlett.- Więc ten Kamienny fizycznie panią zaatakował.Zrobił pani krzywdę? - Prawe ramię miałam obolałe przez jakiś czas.Wydaje mi się, że ścisnął nadajnik GPS pod mojąskórą.- Jakieś sińce?Wzruszyłam przepraszająco ramionami.- Nie zwróciłam uwagi, a moje ciało szybko się goi.- A jak sprawy wyglądały we wtorek?- Kamienny wrócił, ale nie było kłopotów, tylko napięcie.- Zamknęłam na moment oczy, wyobrażającsobie wszystkich.- Trzymał się z tyłu grupy.Ofiara, Yolette, szła za pisarkami, które były na prawoode mnie.- Etienne'a nie było?- Był, ale on i Yolette chyba się pokłócili.Szedł ze starszymi paniami.- Czy ofiara i jej mąż oddalili się razem?- Mniej więcej.Etienne pocałował mnie w rękę i Yolette poszła sobie wściekła.On poszedł za nią.- I? Co zrobili pozostali?- Kamienny ruszył za nimi, a Gomer za Kamiennym.Potem wrócił i odprowadził mnie.- Maggie wspominała o tym człowieku.Gomer miał pistolet, tak?- Widoczny jak na dłoni, ale nazywa się Holland Peters.Ja tylko przezwałam go Gomer.- Pokazał pani jakiś dokument tożsamości?- Nie.- Więc na razie może być Gomer.Gdzie pani była w środę?- W ciągu dnia spałam, a wieczorem grałam w brydża.- A pózniej? Maggie mówiła, że mogła pani wychodzić po północy.- Jezdziłam na rowerze, mniej więcej od wpół do drugiej do wpół do trzeciej nad ranem. - Widziała pani jeszcze ofiarę po wtorkowym wieczorze? - Kiedy pokręciłam głową, Sandy spytała: -Czy ktokolwiek może dać pani alibi na czas tej przejażdżki na rowerze?- Tak.Sprzedawca na stacji Gate.- O mało nie podskoczyłam na morderczym krześle ucieszona, żemogę dodać coś nowego.- Wjechałam na szkło na Anastasia Boulevard i bałam się, że uchodzi mipowietrze z przedniej opony.Pojechałam na Gate, żeby dopompować koło.Kupiłam też miętówki.- Wzięła pani paragon? Kiwnęłam głową.- Ale nie mam go przy sobie.- To nie problem, ale proszę go zachować.To dowód, że pani tam była, gdyby świadek pani niepamiętał.- Dwa razy stuknęła długopisem o blok.- Jak już powiedziałam, policja miała cały dzień naprzesłuchania, więc mogą mieć jakieś niespodzianki.I coś czuję, że będą je mieli.Jeśli nie kiwnęgłową, proszę nie odpowiadać.- Rozumiem, ale co z moim GPS-em? Powinien pomóc udowodnić, że nie zbliżałam się więcej doYolette.- Nadajnik może potwierdzić, gdzie była pani, ale nie gdzie była ofiara.- Wstała, więc i ja wstałam.-Musimy znać jej posunięcia, zanim będzie można wykorzystać dane z nadajnika.Moja pewność, że wkrótce zniknę z listy podejrzanych, osłabła, ale nie miałam czasu nad tymrozmyślać.Poszłyśmy za Marchem do pokoju przesłuchań - innego, a zarazem podobnego do tych,które widziałam w telewizji albo o których czytałam.Tuż za drzwiami stał prostokątny stół,równolegle do dwóch ścian.Za nim ustawiono biurowe krzesło na kółkach, a przy pozostałych trzechbokach, pod kątem, trzy proste krzesła bez poręczy.Przynajmniej ich ta- picerka wyglądała na grubszą niż ta, na której przed chwilą siedziałam.Nie było weneckiego lustra,ale mogłam się założyć, że gdzieś ukryto kamery.Tylko wysoki, opalony, bosko przystojny facet stojący na środku pokoju odstawa! od tego policyjnegowystroju.Miał trochę latynoski wygląd i był strasznie apetyczny.Rozjaśnione od słońca ciemnezaczesane do tyłu włosy odsłaniały wysokie szerokie czoło, a na idealnym nosie siedziały lotniczeokulary przeciwsłoneczne.Mój nos zadrgał, łapiąc lekki zapach piżma.Jego woda kolońska? Przysięgam, że miałam uderzeniegorąca, kiedy siadałam na krześle wskazanym przez Marcha, obok Sandy.Przystojniak wciemnoniebieskich dżinsach, białej koszulce polo i ciemnooliwkowej sportowej marynarce wydawałsię zrelaksowany, ale wręcz słyszałam, jak powietrze wokół niego wibruje.- Pani Marinelli, pani Krause, wezwaliśmy specjalistę od nadnaturalnych przestępstw z Daytona, żebywziął udział w przesłuchaniu.To jest Dekę Saber.Deke.Mniam.Saber.Podwójne mniam.Czy jego nazwisko mogło być jeszcze bardziej seksowne?Jeśli cała reszta jego osoby pasowała do opakowania.Nie usiadł, ale zdjął okulary, odsłaniając kobaltowobłę-kitne oczy, i przyglądał mi się długą chwilę.- To pani jest tym wielkim złym wampirem? - parsknął.- Wygląda pani jak licealistka w dniu złejfryzury. Rozdział 8Jego głos był głęboki i miękki, ale czy mogę wprowadzić poprawkę do mojego wcześniejszego opisu?Zawartość absolutnie nie pasowała do opakowania.Może to przez stres, ale coś we mnie pękło.- Dość - powiedziałam i plasnęłam dłońmi o stół, zanim zdążyłam się zastanowić.Niezbyt mocno, aleSandy i śledczy March podskoczyli.Seksowny Dekę Saber tylko założył z powrotem okulary.- Francesca - rzuciła ostrzegawczo Sandy.- Tak, wiem, miałam się nie odzywać bez pozwolenia, ale, do licha, wściekłam się.Przesłuchiwaniemnie to jedno.To rozumiem.I rozumiem nawet - wycelowałam palec w Marcha - jeśli będziecie siębawić w dobrego i złego glinę.Ale tandetne dowcipy o moich włosach - ciągnęłam, spoglądając zezłością na Sabera - to już zupełnie inna sprawa [ Pobierz całość w formacie PDF ]