Home HomeWarren Adler Wojna państwa Rose 02 Dzieci państwa RoseWells Rebecca Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia ya ya Ya Ya 02Lensman 02 Smith, E E 'Doc' First LensmanBelmont Leo Messalina 02 Œmierc MessalinyCoulter Catherine Gwiazda 02 Dzika gwiazdaBenzonnni Juliette Fiora 02 Fiora i zuchwały(1)§ Łajkowska Anna Wrzosowisko 02 Miłoœć na wrzosowiskuBenzonnni Juliette Fiora 02 Fiora i zuchwałyChristie, Agatha Morderstwo w zaulkuChester D Campbell [Greg McKe Designed to Kill (epub)
 

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
."w.R.INCEDziekan Katedry św.Pawia w latach 1911-1934Mistycyzm w religiiIPrzez długi czas znajdowałem się stanie takiego wzburzenia, że mogłem tylko chodzić tam i z powrotem po celi.Francis zachowywał się tak, jak gdyby podejrzewał, że kłótnia z Martinem stanowiła ową iskrę zapalną.Najstraszniejszym aspektem tego nowego obrotu spraw był fakt, że ja sam, uświadamiając sobie coraz bardziej, wjakim stopniu Martin wytrącił mnie z równowagi, zaczynałem się zastanawiać, czy przypadkiem, pomimo moichWcześniejszych wątpliwości, nie miał związku z widzeniem.Wciąż jednak byłem przekonany, że gdybym przyznał,że powołanie tkwi korzeniami w zaburzeniu psychicznym, byłbym zgubiony.Francis bezlitośnie odepchnąłby nabok wszelką możliwość boskiej ingerencji, wysłałby mnie do Ambrożego na wiele tygodni obserwacji medycznych;może nawet musiałbym zrezygnować z funkcji opata.A przez cały czas kaplica czekałaby na mnie w jakimś zakątkuAnglii, którego bym nigdy nie znalazł.Ale czy na pewno? Moją psychikę ściął mróz; w końcu dopadł mnie demon zwątpienia.Przypomniałem sobie, że nieotrzymałem od Boga więcej wskazówek, które potwierdziłyby lub wyjaśniły widzenie.Wciąż nie miałem pojęcia, dojakiej pracy mnie powołano.Może kaplica nie istniała.Może uległem złudzeniu.Zamknąwszy oczy, zrozumiałem, że jestem w piekle.110 IIWiele godzin pózniej zasnąłem, a kiedy wypuściłem świadomość z ryżów, moje życie rozwinęło się poza skończonyczas, aż przeszłość i terazniejszość płynęły obok siebie, zaplatając się i wymieniając, a przyszłość stanowiła pustezwierciadło, czekające, by odbić je po raz ostatni.Zniłem, że studiowałem widzenie Ezechiela i czułem strach,ponieważ moje własne było w porównaniu z nim takie płytkie.Francis zabrał Biblię i powiedział:- Gdyby twoje widzenie było prawdziwe, Bóg nakazałby ci spełnić pewien symboliczny akt, przypomnij sobieEzechiela! - Na co odparłem:- Spełniłem symboliczny akt.Wstąpiłem do zakonu.- Potem rzekłem do ojca Darcy: - Muszę żyć naśladującChrystusa.Inaczej nie zdołam zachować zdrowia.Ojciec Darcy wziął mnie do celi kar, gdzie na ścianie wisiał krucyfiks, wizerunek Chrystusa ukrzyżowanego,Chrystusa pokutującego, a ja zrozumiałem ponad wszelką wątpliwość, że dla dobra dzieci muszę znieść każdecierpienie.Powiedziałem do moich dzieci:- Robię to wszystko dla was! - Ale mówiąc to, spostrzegłem, że dzieci zniknęły, a ja robiłem krzyż w warsztacie wRuydale.Pracowałem nad tym krzyżem, nad wizerunkiem Chrystusa ukrzyżowanego, Chrystusa pokutującego, aż wkońcu cieśla Alfred, który mnie uczył, powiedział:- Możesz to odłożyć, młodzieńcze.Martin już go nie potrzebuje.Zamiast tego zrób krzyż do kaplicy w lesie.Odłożyłem krucyfiks, wizerunek Chrystusa ukrzyżowanego, Chrystusa pokutującego, i zacząłem robić inny krzyż,zwykły, prosty krzyż, symbol wiary i nadziei - KRZY%7ł ZMARTWYCHWSTANIA.Kiedy stałem się jednym zezmartwychwstałym Chrystusem Chrystusem odkupionym, Chrystusem wyzwolonym, zrozumiałem, że mój długiWielki Piątek wreszcie się skończył i nareszcie wstawał wytęskniony świt Wielkanocy.IIIObudziłem się z uczuciem szczęścia, które błyskawicznie przemieniło się w pomieszanie.Próbowałem sobiedokładnie przypomnieć słowa Alfreda.Czy naprawdę wspomniał o Martinie? Zrozumiałem z przerażeniem, że na topytanie można odpowiedzieć tylko twierdzą-107 co.Chociaż powtarzałem sobie, że sen stanowił tylko nielogiczną aberrację umysłową, wiedziałem, że wzmianka oMartinie była istotna.Usiłowałem wysnuć jakiś wniosek, ale bez powodzenia; bałem się przyznać przed samymsobą, że widzenie było złudzeniem.Zacząłem się zastanawiać, jak zdołam znieść kolejną rozmowę z Francisem, aleWkrótce nie mogłem o nim myśleć, podobnie jak o Martinie, ponieważ nagle zrozumiałem, że jestem chory.Zmusiłem się do wzięcia udziału w nabożeństwie pierwszej godziny i mszy, ale zaraz potem zrezygnowałem ześniadania, wróciłem do celi, bezskutecznie próbując się zmusić do lepszego samopoczucia.Pięć minut pózniejprzyniesiono mi kartkę z wiadomością:  Nie pozwoliłem ci pościć.Masz natychmiast przyjść do refektarza." Ztrudem tam dotarłem, wypiłem filiżankę herbaty, przełknąłem kęs chleba, ale w końcu zrozumiałem, że nie maminnego wyjścia, jak stawić się w lecznicy;- To tylko fizyczny objaw silnego napięcia umysłowego - powiedziałem do Ambrożego.- Daj mi aspirynę, a dokolacji wrócę do siebie.- Zawsze z przyjemnością słuchałem twoich śmiałych diagnoz, ojcze.Usiądz, proszę, to zmierzę ci temperaturę.- Nie będzie większa niż trzydzieści siedem.Termometr wskazał trzydzieści dziewięć.- Najwyrazniej jest zepsuty - stwierdziłem.Ambroży uśmiechnął się do mnie jak do niesfornego dziecka, które należało udobruchać, przebadał mnie, szukającinnych objawów, ale nic nie znalazł.- Wątpię, żeby to było coś zarazliwego, ale zajmij łóżko w rogu, z dala od innych pacjentów - powiedział w końcu.Wlokąc się do sali chorych, długiego, jasnego pomieszczenia z sześcioma łóżkami po obu stronach, czułem siębardzo, bardzo stary.To mnie zirytowało.Zdjąwszy habit zacząłem się martwić nadwątlonym systemem obronnym,który pozwolił, by moje ciało osunęło się z dobrego zdrowia w chorobę.Położyłem się do łóżka.Ambroży dał mitrzy aspiryny.Połknąwszy je, próbowałem znalezć ukojenie w pogodnych wspomnieniach krajobrazu Ruydale.Byłem jednak zbyt chory, by móc długo wysilać pamięć, toteż po kilku minutach zasnąłem.Po przebudzeniu zrozumiałem, że rozsądnie będzie nie otwierać oczu.Po chwili Usłyszałem mamrotanie Francisa:- Sam wywołał tę chorobę! W ten sposób chciał uniknąć trudnej112 rozmowy ze mną, to typowy przykład medium, które wpływa na własne ciało za pomocą umysłu! Co za tandetnakuglarska sztuczka!- Z całym szacunkiem, ojcze, jestem przekonany, że nie zachorował celowo.Wyglądał szczerze zdziwiony wysokątemperaturą.- Nie powinieneś być zbyt łatwowierny, Ambroży.Nie pozwól mu sobą manipulować.Tacy jak on potrafią byćniezwykle przekonujący.Jak zamierzasz go leczyć?- Jeżeli to choroba psychosomatyczna, może pomogłoby nałożenie rąk?- Absolutnie wykluczone! - powiedział Francis, nie podnosząc głosu, ale pozwalając mu zadrżeć z gniewu.- Nie damsię wciągać w jego napady, zezwalając na jakieś charyzmatyczne leczenie.Potem mógłby głosić cudowneuzdrowienie! Zapamiętaj sobie moje słowa, Ambroży, ten człowiek potrafi się sam wyleczyć, jeśli tylko zechce.Lecz go w sposób całkowicie konwencjonalny i nie toleruj żadnych nonsensów!Francis odszedł gwałtownie.Słyszałem odgłos butów na linoleum, a atmosfera, dotąd pełna zawirowań, natychmiastsię uspokoiła.Otworzyłem oczy, a kiedy Ambroży ujrzał, że się obudziłem, usiadł na brzegu łóżka.Jak na lekarzaprzystałoyemanował pogodną dobrodusz-nością; poczułem, jak otula mnie jego współczucie.- Jesteś gotów nie tolerować z mojej strony żadnych nonsensów? - spytałem, a on uśmiechnął się i powiedział:- Ojciec naczelny opat bardzo się o ciebie troszczy.- Ojciec naczelny opat! - Chciałem się uśmiechnąć, ale stwierdziłem, że westchnienie kosztuje mniej wysiłku.-Kiedy poznałem go w Cambridge, nazywał się lord Francis Ingram.Miał charta, który pił szampana.Wrednezwierzę.Nie lubię psów [ Pobierz całość w formacie PDF ]