Home HomeGolon Anne & Golon Serge Angelika 05 Bunt Angelikir06 05 spr rys sprL Frank Baum Oz 05 The Road to OzLustbader Eric Van Trylogia Bourne'a 05 Zdrada Bourne'aAnne McCaffrey Cykl JeŸdŸcy smoków z Pern (07) Moreta Pani Smoków z PernSteven Brust Cykl Vald Taltos (4) TaltosWhitiker Gail Tajemnice Opactwa Steepwood 05 Afrodyta z leœnego jeziora05 DYSKUSJA NA TEMAT RZ 9,5 ANALIZA KONTEKSTU I GRAMATYKI (CZ. 1 i 2)id 5680§ Hannah Sophie Konstabl Simon Waterhouse 05 Powiedz prawdę(1)Franz Andreas Komisarz Julia Durant 05 Syndykat pajška
 

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Byłato magia, która czyniła Wzgórza Pelagris miejscem nawiedzanym przez odmień-ców.Każdy, kto posiadał choćby dar magii, odczuwał jej działanie wystarczającosilnie, by natychmiast ogarnął go smutek i niepokój.Jednakże tutejsza magia przez długi czas pozostawała uśpiona.Sprawdzę to  powiedział Vanyel i zamknął oczy.Potem zagłębił się w ot-chłań energii i wynurzył się.Magia wciąż tam była.ale teraz drzemała jeszcze głębiej pod powierzchniąlasu, głębiej niż wówczas, gdy Vanyel przejeżdżał tędy poprzednio.Teraz, gdyjego dar był już w pełni wykształcony, Vanyel dostrzegał nawet pewne ślady mó-wiące o tym, że biegli z Tayledras już przynajmniej dwukrotnie odprowadzali stądenergię.To z kolei oznaczało, że jej natężenie powinno być  bezpieczne.SokoliBracia, gdy opuszczali jakieś miejsce, nigdy nie pozostawiali po sobie nie ujarz-mionych magicznych mocy.Ale oni odeszli z tego terenu już dawno temu, bardzo dawno temu, i równiedawno przeprowadzili swe zabiegi odprowadzania energii magicznej.W istocie magia wciąż była uśpiona i tkwiąc głębiej niż korzenie.drzew, na-dal pozostawała trudno dostępna.Lecz jej sen był niespokojny.Wszelkie rodzaje65 magii były w jakiś sposób sobie pokrewne i wszystkie łączyły się ze sobą, dziękiczemu możliwe było używanie zaklęcia Bramy.Mała odległość pomiędzy sąsia-dującymi ze sobą ogniskami poszczególnych odmian magii oznaczała silniejszyzwiązek między nimi, a zachwianie równowagi w jednym miejscu odbijało siępodobnym zachwianiem na innym obszarze.Vanyel wyczuwał, że doszło tutaj do takiego właśnie zaburzenia.Rezonansz innym węzłem energii gdzieś daleko.najprawdopodobniej po drugiej stro-nie granicy, zapewne w Bares, zważywszy na fakt, że tamtejsza rodzina panującaskłada się z samych magów.Coś gdzieś z wielką mocą zakłócało stabilność po-krewnego pola energetycznego, a pole znajdujące się w tutejszym lesie odpowia-dało na to zaburzenie podobnie jak reaguje struna lutni, gdy szarpniemy strunęsąsiednią.Lecz odległość była zbyt wielka, a rezonans za trudny do wychwycenia, abyVanyel potrafił ocenić, kto za tym stoi albo gdzie znajduje się zródło zakłóceńi jak wykorzystywana jest uzyskana w ich wyniku energia.Chociaż.Vanyel ocknął się z transu i namyślając się, przygryzł wargi.Yfandes, wyczułaś coś?Nie więcej niż ty  odparła z niepokojem, ruszając z miejsca bez zachętyVanyela. Poza tym, że zródło tego wszystkiego jest czymś złym.Nie zamierzam cię prosić, abyś próbowała dotrzeć tam, gdzie ja nie potrafiąsięgnąć, ale mnie też się to nie podoba.Zwłaszcza teraz, gdy na granicy jest takniespokojnie.Zaczynam się zastanawiać, czy aby ktoś nie usiłuje przeforsowaćjakichś swych planów.a jeśli tak, to co robi i do czego zmierza.Powiedz o tym Lissie.Tylko tyle możesz teraz zrobić.Vanyel z niepokojem rzucił okiem na prawo i lewo.Obawiam się, że masz rację, moja kochana  przyznał,  Obawiam się, zemasz rację. ROZDZIAA CZWARTYPomimo to co powtarzał sobie w duchu, pomimo to, że był już człowiekiemdorosłym o doświadczeniu jakiego Withen nie byłby nawet w stanie sobie wy-obrazić, w momencie gdy przekroczył bramę na granicy Forst Reach, Vanyel po-czuł, że ramiona zaczynają mu drętwieć.Potem, nim dojechał do wrót w mu-rze okalającym Wielki Zamek, musiał już wręcz walczyć ze sobą, aby usiedziećw siodle z podniesioną głową, a nie kulić się w sobie jak markotne, przestraszonedziecko.Zawsze to samo.Poza tymi murami mogę być magiem heroldów, który maprawo strofować nawet samego króla, ale wewnątrz nich pozostaję Vanyelem, sy-nem marnotrawnym z przyzwyczajeniami, o których się nie mówi, i o gustach,które najlepiej grzecznie ignorować.Na bogów, kiedy wreszcie zaczną akcepto-wać mnie takiego, jaki jestem.Może nigdy.A może wtedy, gdy ty sam zaakceptujesz siebie, mój Wybrany.Ta spontaniczna odpowiedz trochę go ubodła.Może  ciągnęła Yfandes  gdy sam się dowiesz, kim jesteś, i będziesz codo tego miał taką pewność, że przekroczenie tej bramy me będzie już w staniezredukować cię do wyrostka.Vanyel rzucił okiem na głowę Yfandes, a potem popatrzył przed siebie, nadrogę, u której kresu znajdował się ów cel jego podróży wprawiający go terazw tak złe samopoczucie.Czyżbyś chciała przez to powiedzieć, że nie wiem, kim jestem?Yfandes nie odpowiedziała, ale przyspieszyła krok do truchtu  tego bardziejswobodnego  i podążyła ku ostatniemu zakrętowi na drodze obiegającej w tymmiejscu wzgórze, za którym ich oczom ukazał się sam zamek Forst Reach, wielkiszary kolos na tle cudownego jesiennego nieba.Budowla ta była niegdyś twierdzą obronną i nadal coś w jej wyglądzie przy-pominało ówczesny klocowaty, pełen powagi gmach.Już dawno temu zamek od-nowiono i przekształcono w dużo wygodniejszy od poprzedniego budynek miesz-kalny, jednak nawet z takiej odległości Vanyel dostrzegał delikatny zarys fosykryjący się pod bujną trawą rosnącą wokół zamku.Otoczony nowszymi, mniej-szymi budynkami z bieloną sztukaterią zamek przypominał wielką i dość złośliwą67 szarą granitową kurę siedzącą pośród stada bledszych kurczaków.Ktoś go wypatrywał.Vanyel zobaczył małą figurkę o nieokreślonej płci, któraopuściwszy swą pozycję na niewielkim wzgórku przy drodze, pobiegła ku głów-nemu budynkowi.Potem figurka utonęła gdzieś w okolicy jednej ze starych bocz-nych bram, które teraz przerobione były na drzwi, a Vanyel domyślił się, że chło-pak (a może dziewczyna, choć najprawdopodobniej był to jeden z paziów) pobiegłzawiadomić o jego przybyciu pozostałych mieszkańców zamku.Heroldowie no-sili szaty, dzięki którym ich sylwetki były dobrze widoczne z każdej odległości,a było ich w Valdemarze tak niewielu, że można było z góry założyć, iż heroldemzbliżającym się właśnie do Forst Reach jest nikt inny tylko Vanyel.Jakby na potwierdzenie tego faktu ludzie zaczęli wylewać się ze wszystkichdrzwi budynku i nim Vanyel i Yfandes dotarli do głównego wejścia  monstru-alnych rozmiarów, imponujących wrót z czarnego dębu zajmujących miejsce nie-gdysiejszej bramy wjazdowej na centralny dziedziniec  oczekiwała ich już licz-na grupa ludzi.Jak to zwykle bywa przy powitaniach, otoczył Vanyela istny jazgot  Tressachlipała, ściskając go, Withen ostrożnie poklepał go po ramieniu, a bracia poszliza jego przykładem.Jak zwykle też doszło do krótkiego spięcia, gdy Withen roz-kazał paziowi  odprowadzić konia Vanyela , a Vanyel  już po raz nie wiadomoktóry  musiał wyjaśnić ojcu, że Yfandes nie jest koniem, a Towarzyszem i je-go partnerką, i że on sam będzie się nią zajmował.I jak zwykle Withen zdał sięzdezorientowany i pełen podejrzeń, zupełnie jak gdyby łamał sobie głowę, czyaby jego syn nie jest, nie daj boże, ciut pomylony [ Pobierz całość w formacie PDF ]