Home HomeAnne McCaffrey Cykl JeŸdŸcy smoków z Pern (07) Moreta Pani Smoków z PernSteven Brust Cykl Vald Taltos (4) TaltosGolon Anne & Golon Serge Angelika 11 Angelika w QuebecuMargit Sandemo Cykl Saga o Królestwie Œwiatła (09) Sol z Ludzi LoduMargit Sandemo Cykl Saga o Ludziach Lodu (28) Lód i ogieńMargit Sandemo Cykl Saga o czarnoksiężniku (01) Magiczne księgiPedersen Bente Cykl Raija 18 Posłaniec œmierciMcNaught Judith Cykl Kolejna Szansa 02 DoskonałoœćJoan Collins Czas dla gwiazdyChristopher, Lucy Ich wuenschte, ich koennte dich
 

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Nie była pewna, co z nią pocznie, gdy ją odnajdzie, jednak kierowało nią graniczące z szaleństwem pragnienie złagodzenia męczarni Krisa.Miała wrażenie, że wzbiera w niej jakaś fala, jak wtedy, gdy rozpacz zmusiła ją do przekroczenia granic własnych możliwości.Przestała być świadoma tego, co ją otacza.Nawet okrutny ból przeszywającyjej bark musiał przed tym ustąpić.I nagle udało się znaleźć ujście dla wezbranych w niej sił.Rozwarła powieki i ich oczy spotkały się — Kris patrzył na nią jasnym, rozgo-rączkowanym spojrzeniem, wolnym od bólu, który teraz jedynie ona odczuwała.Udało się jej zasłonić go przed jego cierpieniem.142Lecz Kris umierał.Wiedzieli o tym oboje.Rozejrzała się dookoła, spodziewając się ujrzeć otaczających ich żołnierzy.— Nie.— wykrztusił.Słysząc chrapliwy szept, skierowała swą uwagę ponownie na niego.— Oni.to jest labirynt.Umrę, zanim tutaj dobiegną.Zrozumiała.Dzięki swojemu darowi wiedział, że żołnierze muszą pokonaćprawdziwy labirynt korytarzy i klatek schodowych, zanim zdołają dotrzeć do wyj-ścia, wiodącego na ten teren.Jednak Kris wiedział także, jak niewiele czasu mu pozostało.— Krisie.— Wzbierające łzy dusiły gardło i nie pozwalały jej powiedziećnic więcej.— Nie, ptaszyno.Płacz nad sobą, mnie nie opłakuj.Po tych słowach niemal oszalała z żalu.— Nie boję się śmierci; z radością i chętnie wyruszę na poszukiwanie Przy-stani.O, gdybym tylko był pewny, że mój Towarzysz oczekuje tam na mnie.Jednak zostawić ciebie.Jakże mam ciebie zostawić sam na sam z mym brze-mieniem i twoim? — Zakaszlał i krew pojawiła się w kącikach jego ust.Udało musię jakoś unieść rękę i pogładzić Talię po policzku.Schowała twarz w jego dłoni i płakała.— To nie przystoi.opuszczać cię.Jednak ostrzeż ich, siostro-w-sercu.Ostrzeż ich jakoś.Ja nie mogę wypełnić mego zadania do końca.To należy dociebie.Skinęła głową.Łzy zdławiły wszelkie słowa.— O, ptaszyno, kocham cię.— Widać było, że Kris próbował jeszcze cośdodać, jednak wstrząsnął nim kolejny spazm kaszlu.Ponownie uniósł oczy, lecznajwyraźniej już jej nie widział.Jego spojrzenie rozjaśniła radość, jakby na widok czegoś cudownego i niespodziewanego.— Tak.jasno!Na mgnienie i Talię przeniknęła radość; radość i zachwyt, dziwne uczuciewieczności — dotąd nigdy nie przeżyła czegoś takiego.Wtedy ciało Krisa prze-biegł pojedynczy dreszcz i światełko życia zgasło w jego oczach; zwiotczał i w ramionach Talii pozostała jedynie łupina.Wtedy zjawili się żołnierze, wyrwali ciało Krisa z rąk Talii, i zabrali ją zesobą.Odrętwiałej od żalu i cierpienia zabrakło sił, by się bronić.ÓSMYStrażnicy nie okazali jej najmniejszej litości.Skrępowali jej ręce na plecach, kopiąc i szturchając, powlekli ją wzdłuż niekończących się, kamiennych korytarzy i po nierównych stopniach.Kiedy chwiałasię, kopnięciami stawiali ją na nogi; gdy mdlała, popychali, wymierzając siarczyste ciosy.Na koniec brutalnym pchnięciem przewrócili ją na środku pomieszcze-nia o nagich ścianach, zostawiając ją pod nadzorem trzech zwalistych okrutników, stworzeń bardziej podobnych do dzikich bestii niż do ludzi.Obdarli ją z odzienia do gołej skóry, obojętni na śmiertelny ból, o jaki przy-prawiał ją zraniony bark, a potem dokonali bezwzględnej rewizji i, uporawszy się z tym zadaniem, tak samo brutalnie i obojętnie, po kolei gwałcili ją.Wtedy jednak niemal nic już nie czuła, nieprzytomna od wstrząsu i odrętwiała z bólu.W jej stanie nie miało to większego znaczenia, ot, dodatkowa tortura.Nie była nawetw stanie skoncentrować się na tyle, by móc użyć swego daru do obrony.Kiedyraz próbowała słabego oporu, ten, który w danej chwili sycił swą chuć, po prostu grzmotnął jej głową o kamienną podłogę, tak mocno, że ledwie zdołała zachowaćprzytomność.Kiedy skończyli, szarpnięciem za rękę postawili ją na nogi i rzucili na brud-ną podłogę ciemnicy o kamiennych ścianach, wrzucając za nią jej skrwawioneubranie.Ocknęła się pod wpływem zimna, które przeniknęło ją do szpiku kości i przy-prawiło o dreszcze nie do opanowania, oraz obudziło ból w przebitym barku.Udało się jej podpełznąć do miejsca, gdzie leżało jej odzienie i przywdziać jena zmaltretowane ciało.Bark, którego, co nie dziwota, nikt nie opatrzył, krwawił obficie.Muszę [ Pobierz całość w formacie PDF ]