Home HomeSW. AUGUSTYN, SW. TOMASZ Z AKWISW. AUGUSTYN, SW. TOMASZ Z AKWI (3)SW. AUGUSTYN, SW. TOMASZ Z AKWI (2)Œw. Tomasz z Akwinu 33. Suma Teologiczna Tom XXXIIISw. Tomasz z Akwinu 12. Suma Tom XIIPiatek Tomasz Ukochani Poddani Cesarza 1. Zmije I KretyTOMASZ BIAŁKOWSKI Trylogia kainicka 02.Kłamcadoda 05MacLean Sarah Zasady łajdaków 01 Przyjaciel z dzieciństwaMarcin Wolski Pies w studni
 

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Zupełny idiota, ocenił Ramirez.Mógł podpieprzyć zwyczajnie bukłak,zamiast z każdego odlewać, na jedno by wyszło.Może i nie na jedno, pazerny był, dolał bezumiaru.To się dobrze nie skończy.Jean-Pierre uparcie próbował, jednak w końcu i on się zniechęcił.Próby wypicia wina zpominięciem wody nie powiodły się.Z niechętnym pomrukiem najemnik przerzucił się napiwo.Na jego miejscu już bym zwiał, pomyślał Claymore, obserwując wójta.Na co on jeszczeczeka, na zapłatę może? Widział już zabawy Marcela i jego kompanii.Dziś także niezamierzał przeszkadzać, zbyt zależało mu na współpracy, nawet jeśli ceną za nią miało byćzdrowie, albo wręcz życie tego kmiota, czy też wątpliwa cnota jego córki.Na razie córka była zachwycona.Uśmiechała się złośliwie, gdy spoglądała na ojca, izalotnie, kiedy spoczął na niej wzrok któregoś z najemników.Spoczął to zle powiedziane,zauważył Claymore.Jean-Pierre odstawił dzbanek, aż rzadka piana chlusnęła na deski stołu.Oblizując wargi z resztek piany, wręcz obmacywał spojrzeniem nieco tłustawą dziewczynę.Panna chichotała, zachęcana jeszcze ponaglającymi gestami ojca.Ramirez splunął, pożałowawszy przelotnie, że też nie natrzaskał chłopa po pysku.Gdybyzległ gdzieś w barłogu, nie stręczyłby tak nachalnie własnej córki. Zawołaj resztę, póki piwo jeszcze jest  mruknął do Marcela. Bez sensu na dworzestać.Wilfried wtoczył się do izby i od razu wypatrzył walające się na narach bukłaki.Przypiąłsię do jednego. Tfu!  splunął ze złością.Nikt go nie ostrzegł, za to Skowronek z Jeanem-Pierre em zgodnie zachichotali.Pochwili przyłączył się wójt, sprawca nieszczęścia.Zrazu niepewnie, potem widząc aprobatę,pełną gębą.Brakowało mu przednich zębów, Claymore nie pamiętał, czy od niedawna, czymoże i przedtem ich nie było.Przypomniał sobie trzask, jaki rozległ się, gdy pięść Marcelatrafiła w zarośnięty pysk.Raczej od niedawna, zdecydował.Gwiazdeczka cisnął bukłak, chlustając przy okazji rozwodnionym winem.  Z czego się cieszysz, kmiocie?  warknął wściekły.Nie znosił, gdy kamraci śmiali się z niego, a zdarzało się to dość często.Powoli odwijał zdrewnianej rękojeści łańcuch morgensterna.Ciężka, kolczasta kula zakołysała się.Wójt jużsię nie śmiał, stał z otwartą gębą, sparaliżowany strachem.Zledził ruchy Gwiazdeczkirozbieganym wzrokiem, w końcu padł na kolana.Najemnik wykrzywił wargi w uśmiechu.Tak będzie nawet wygodniej.Przedłużał tęchwilę, bardzo to lubił.Chłop na przemian usiłował zajrzeć najemnikowi w oczy, to znów śledził kołysanie siękuli, zataczającej coraz szersze łuki.Nie mógł wydobyć głosu, choć zrozumiał, co za chwilęsię stanie.W izbie zapadła cisza.Tłustawa dziewczyna stała bez ruchu, patrząc z jakąśniezdrową fascynacją. Dość tego!  W ciszę wdarł się gniewny głos Marcela. Koniec zabawy, zostaw go!Rozkaz padł w ostatniej chwili.Aańcuch był wystarczająco rozkołysany: wystarczyłkrótki ruch przedramienia, by kula ze świstem spadła na czaszkę klęczącego wójta.Ręka Gwiazdeczki drgnęła, kula ominęła głowę kmiecia o cal.Najemnik odwrócił się zwykrzywioną złością twarzą. Czego?  syknął, zapominając o szacunku dla przywódcy.Marcel pchnął go w pierś. Nie będziesz tu gnoju robić!  powiedział bez specjalnego nacisku. Zachlapieszwszystko i nie będzie na czym dupy posadzić, żeby się nie umazać.A przecież na noc tuzlegniemy. Uważałbym. Wilfried był wyraznie rozżalony. Jasne!  parsknął najemnik. Jak ci tak zależy, to bierz go, idz na majdan i rób, cochcesz.Tylko dalej odejdz, my tu zamierzamy kulturalnie czas spędzać, krzyki nam będąprzeszkadzać.Albo napij się piwa.Gwiazdeczka popatrzył na klęczącego, bezsensownie osłaniającego rękami głowę chłopa.Potem na garnce z piwem.Potem jeszcze raz na chłopa.Rozważał widać, co sprawi muwięcej przyjemności.I podjął decyzję.Wetknął trzonek morgensterna pod pachę, schylił się.Bez wielkiego trudu poderwałwójta na nogi. No, pora na cię  powiedział z okrutnym uśmiechem.Wójt odzyskał mowę, zaskomlił coś o politowaniu, małych dziateczkach.Na nikim niezrobił wrażenia, nawet na własnej córce, ale ona nie była już mała, w rzeczy samej.Potempróbował paść do nóg, co Wilfried udaremnił szybkim kopniakiem.;Schylił się, ujął chłopa wpół. Skowronek, otwórz drzwi!  stęknął.Najtrudniej było przy samym wyjściu.Wójt czepiał się framugi, wpijał paznokcie wdrewno.Już nie skomlał o politowanie, teraz przeklinał, na przemian z psim niemalżeskowytem.Nie wiedzieć czemu przeklinał zwłaszcza tę kurwę, prawdopodobnie ślubną małżonkę.Widząc, że tak nie da rady, Wilfried puścił go, cofnął się o krok, kopnął z rozmachu wsam dół kręgosłupa.Palce chłopa zesztywniały, ześlizgnęły się z futryny.Drugi kopniakwyrzucił go w ciemność.Gwiazdeczka starannie zamknął drzwi, bo ciągnęło od nich chłodem.Popatrzył po twarzach kamratów. No co?  spytał. Ja tylko tak dla jaj.* * *Bez wójta w izbie zabawa rozkręcała się znacznie lepiej.Nawet Jean-Pierre przestałspluwać w palenisko.Cycata dziewczyna już nie stała skromnie w kącie.Siedziała nakolanach Gwiazdeczki, wpółrozwalonego na narach.Chichotała piskliwie, odpychała dłonieobmacujące pierś.Ale bez specjalnego zaangażowania.Marcel przymrużonymi oczyma i z pobłażliwym uśmieszkiem przylepionym do twarzyśledził poczynania reszty.Wiedział, że kamraci muszą się wyszumieć. Może ty chcesz, Claymore?  spytał Marcel. Jeśli tak, to chłopaki poczekają.Claymore spojrzał zdziwiony, gdy dotarło do niego, że propozycja jest poważna.Zmierzył wzrokiem chichocącą dziewczynę. Może następnym razem  mruknął uprzejmie. Jak chcesz  odparł najemnik. Też nie mam ochoty na.Przerwał mu trzask dartego płótna.Gwiazdeczka zniecierpliwił się widać.Półnaga terazdziewczyna zesztywniała na chwilę, ale szybko znów zaczęła piszczeć.Ramirez pociągnął łyk piwa.Mogliby już skończyć, pomyślał, spać się chce.A pannienajwyrazniej spodobał się Wilfried, widać zaimponował, jak lał tatusia.Albo z ciebie niezłazdzira, pomyślał Claymore, albo z tatusia skurwysyn.Eh.Znów uniósł kubek.Piwo w miarę picia robiło się coraz lepsze.Do pary kotłującej się na narach dosiadł się Jean-Pierre.Z drugiej strony Bianco, jakzwykle mroczny i milczący.Dziewczyna chciała wstać, zabawa najwyrazniej przestała jej siępodobać.Po chwili krzyknęła, gdy blizniak z Tours ścisnął do bólu jej pierś [ Pobierz całość w formacie PDF ]