Home HomeWarren Adler Wojna państwa Rose 02 Dzieci państwa RoseWells Rebecca Boskie sekrety siostrzanego stowarzyszenia ya ya Ya Ya 02Lensman 02 Smith, E E 'Doc' First LensmanBelmont Leo Messalina 02 Œmierc MessalinyCoulter Catherine Gwiazda 02 Dzika gwiazdaBenzonnni Juliette Fiora 02 Fiora i zuchwały(1)§ Łajkowska Anna Wrzosowisko 02 Miłoœć na wrzosowiskuBenzonnni Juliette Fiora 02 Fiora i zuchwałyLindskold, Jane [Firekeeper 06] Wolf's BloodDziedzictwo Skye 04 Królewska intryga Bertrice Small(1)
 

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Czułam pieczenie w przełyku, jakbymsobie golnęła kielicha.Tyle że nie widziałam w powietrzu nicpodejrzanego.z wyjątkiem cienkiej, rozwiewającej się smużki dymunisko na niebie.Coś mnie tknęło.Czyżby paralotnia? Uszkodziłam ją?Sprawdziłam wskazania kompasu.Pojazd wciąż kierował się na wschód.A zatem szłam w dobrą stronę. Ba, tylko jak się tam dostać?  mruknęłam pod nosem.Po powierzchni wody pełzały nienaturalne barwne plamy.Poznałam lśniący błękit siarczanu miedziowego.Czysty iśmiercionośny.Za dawnych czasów musiała być w okolicy hutamiedzi.Cofnęłam się kilka kroków i rozejrzałam.Przeciwny brzeg czaił sięw niewielkiej odległości niczym złe zwierzę.Zapewne niegdyśmieszkali tam zamożniejsi mieszkańcy segmentowców, oddzieleni co było oznaką statusu społecznego  cienką nitką wody od ludzignieżdżących się w lichych, pościskanych klitkach.Cienias siedział nad brzegiem, jakby kontemplował upadekcywilizacji, nie zwracając uwagi na odór ani na rozterki mojej duszy.Podreptałam na zachód w poszukiwaniu mostu, przy czymtrzymałam się w bezpiecznej odległości od cuchnącej wody.Parękilosów dalej i po kilku spotkaniach z diabelskimi wężami natknęłamsię na stary most kolei wąskotorowej, a właściwie jego resztki.Trudnopowiedzieć, czy został celowo rozebrany, czy też przeżarły go płynącedołem substancje toksyczne.Pozostały tylko filary: rdzewiejąceszpikulce, dojadane od spodu przez zakwaszoną wodę.Musi być jakieś przejście, pomyślałam.Ludzie zawsze znajdąsobie drogę.Z drugiej strony, od dawna nikt się tu nie zapuszczał.Nawet węże wolały się trzymać od kanału w rozsądnej odległości.Czasem patrzyłam, jak wyłażą z budynków i raptownie zawracają,jakby zbliżyły się do niewidzialnej granicy. Szkoda, że nie mogły wyjawić swoich tajemnic.Kiedy zapadał zmrok, zerkałam na drugi brzeg z frustracją.Krajobraz się rozmywał.Zero życia.Zmęczona i obolała, klapnęłam na ziemię i powędrowałam wkołowzrokiem.Wypatrzyłam w dali błyszczący neonowy łuk.Pragnęłamwrócić do domu, obwieścić Wspólnocie, że zgubiłam ślad Tulu.I żeDis jest zamknięty dla turystów.Ale jednak ktoś tam na pewno mieszkał, tyle że głębiej.Wiedziałam to na pewno.Wiedziałam też, że Tulu o mało co niezabiła Stolowskiego i porwała Mei.Gromadziła szamanów, w tymkaradżi.Na razie nie miałam po co wracać.Z braku pomysłu cofnęłam się do miejsca, gdzie zostawiłamCieniasa.Maszerowałam dość blisko brzegu z nałożoną na twarzmaską, prezentem od sierot.Zdecydowałam się nawet na ryzykowneużycie górniczej lampki, żeby nie wpaść do trującej brei.Psioszczur nie ruszył się ze swojego stanowiska, nieruchomy iposępny jak figura nad okradzionym grobem.Kilka razy jękliwiezaszczekał, co kojarzyło się z odgłosami kociej bijatyki.Zastanawiałam się, czy jego podwójny rodowód zintegrował sięprawidłowo w psioszczurzym mózgu.Zwaliłam się obok niego i oparłam plecami o coś, co było chybapachołkiem cumowniczym.Na twarzy maska, na ubraniu krew, wrękach pistolet i nóż Gurkhów.Ostra z ciebie laska, Parrish! Cieszyłam się, że Merry3 została uTeece a.Nie zniosłabym jej uszczypliwości. Wróciłam myślami do swojego problemu.Jak się przedostać nadrugi brzeg? Powinnam skołować sobie tratwę, ale tak mnie ściskałow dołku z głodu, że nie mogłam się skupić.Postanowiłam, żenastępnym razem, kiedy wybiorę się na pieszą wycieczkę dozaczarowanego lasu, nie zapomnę zabrać kanapek.Zaprzątałam sobie głowę najróżniejszymi zmartwieniami, kiedymijała noc, a groznie powarkująca bungarra przechadzała się wte iwewte wzdłuż niewidzialnej granicy.Wczesnym świtem przerwałaswą niestrudzoną wachtę i przytaszczyła w pysku niedużą, pustąłupinę z palmy.Zwierz zwodował ją, dał susa na pokład i poczekał, ażślamazarny prąd zniesie ją skośną linią na drugi brzeg.Tamwyskoczył i otrząsnął z wilgoci pokryte bliznami łapy.Owszem, brałam pod uwagę łupiny, lecz nie spodobał mi się tenpomysł.Dopiero po sztuczce bungarry poszperałam tu i tam, żebyznalezć kilka łupin mogących pomieścić pasażera.Poznosiłam je nadwodę i po kolei sprawdziłam ich pływalność.Kilka zatonęło, resztautrzymała się na powierzchni [ Pobierz całość w formacie PDF ]