Home HomeBelmont Leo Messalina 02 Œmierc MessalinyStephen King Strefa œmierci (Martwa strefa) (The Dead Zone) 1979Higgins Jack Sean Dillon 10.Œmierć jest zwiastunem nocySkarbimir Socha Czerwona œmierć czyli narodziny PRL(1)George R.R. Martin 05 Uczta dla wron Cienie œmierciPedersen Bente Cykl Raija 18 Posłaniec œmierciIn Death 23 Œmierć o tobie pamięta Nora RobertsReichs Kathy Temperance Brennan 02 Dzień ŒmierciCiudad de los angeles caidos Cassandra ClareAllende Isabel Dom duchów 02 Portret w sepii
 

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.- Zmieniłam zdanie.Widzę jeszcze, jak srokata przewraca oczami, a potemwszystko się rozmywa.Obok przewala się fala czerni i bieli, coś mnie spycha zkamienia.Głośno sapię, uderzając plecami o ziemię.Czuję, że jedna strona mojej twarzy robi się ciepła i mokra.Nad sobą widzę klacz, która stoi dęba, słyszę krzyk irównocześnie dociera do mnie, że wilgoć na moim policzku to krew, ale nie moja.Pochodzi z czegoś, co łaciata trzyma w zębach.Wytaczam się spod zasięgu kopyt, ocieram twarz, próbuję stanąć prosto.Złapaćoddech.Odzyskać wzrok.Klacz przysiada na zadzie i potrząsa ciemnym łupem.Rozrywa go, przytrzymując kopytem.Na piasku rozlewa się kałuża krwi.Wołam Finna.Koń kładzie uszy i rzuca we mnie częścią swojej ofiary.Wydaję z siebie jakiśnieartykułowany dzwięk, ni to krzyk, ni to szloch, i odskakuję przed nadlatującymkrwawym strzępem.Wypada z niego coś żylastego jakby macki meduzy.Chciałabymtylko upaść na kolana i o niczym nie myśleć.Leżący przede mną kawał mięsa jest pokryty krótką ciemną sierścią, posklejaną krwiąi piaskiem.Ledwo można rozpoznać, co to jest.Boję się, że zwymiotuję.To pies.Ludzie krzyczą:  Sean Kendrick!", a ja wołam:  Finn!", i mój brat pojawia się obok.Wygląda jak kopia dziwacznych rzezb przy wejściu do kościoła w Skar-mouth - małychstarych ludzików z wielkimi wyłupiastymi oczami.- Myślałem.Wiem, bo ja też tak myślałam.- Proszę cię, nie jedz na niej - mówi gorączkowo Finn.Właściwie nie mogę sobieprzypomnieć, kiedy ostatni raz o coś mnie prosił takim błagalnym tonem.- Nie jedz nażadnym z tych koni.- Nie pojadę - odpowiadam.- Pojadę na Dove. ROZDZIAA DZIEWITYSEANPod wieczór, kiedy przypływ już dawno przepędził wszystkich w głąb lądu,przyprowadzam Corra na plażę.Przed sobą mamy nasze gigantyczne cienie.O tej porzeroku o piątej zapada już zmierzch i piasek robi się zimny.Zostawiam siodło i buty przypochylni dla łodzi, na zasypywanej miękkim piaskiem trawie.Oczy Corra są zwróconena ocean, który powoli zaczyna się cofać.Odciskamy ślady na wygładzonym przez odpływ twardym piachu.Pod bosymistopami wydaje się lodowaty, szczególnie kiedy pod moim ciężarem wypływa z niegozimna woda.To prawdziwa ulga dla pokrytej pęcherzami skóry.Koniec pierwszego, ciągnącego się w nieskończoność dnia.Plaża zebrała swojeżniwo.Jakiś chłopak spadł z konia i rozbił głowę o głaz.Jakiś mężczyzna dorobił sięrany, która wyglądała groznie, ale nie okazała się na tyle poważna, żeby nie mógł jejwyleczyć kufel piwa i kilka godzin snu.A potem był jeszcze ten pies.Nie dziwi mnie, żepadł ofiarą łaciatej klaczy.Podsumowując, bywało gorzej.Dziś wieczorem u Grattona zacznie się rejestracja zawodników.Podam swojenazwisko i imię Corra, chociaż to czysta formalność.Potem zacznie się szalony tydzień.Niezdecydowani miejscowi i turyści będą sprawdzali swoje konie, żeby się przekonać,czy starczy im odwagi: aby naprawdę startować albo żeby dosiąść konia, któregowybrali.Zwierzęta będą kupowane, sprzedawane, zamieniane.Ludzie będą się stawaliwłaścicielami, jezdzcami, faworytami.Dla mnie to frustrujący okres.Za dużo negocjacji,za mało treningów.Zawsze czuję ulgę, kiedy kończy się ten pierwszy tydzień i jezdzcymuszą oficjalnie zadeklarować swoje wierzchowce podczas Festiwalu Skorpiona.To wtedy naprawdę zaczyna się życie.Corr podnosi głowę, strzyże uszami, wygina szyję, jakby kokietował morze, któregośpiew staje się coraz bardziej donośny, w miarę jak słońce zbliża się do znaku Skorpiona.Szepczę do Corra i ciągnę uwiąż.Chcę, żeby słuchał mnie, a nie pieśni tej potężnejwody.Obserwuję jego oczy, uszy, linię ciała, aby zobaczyć, czyj głos dziś zwycięży: mójczy oceanu.Odwraca do mnie głowę tak szybko, że błyskawicznie wyciągam z kieszeni żelazny pręt.Ale to nie był atak, chciał tylko przyjrzeć mi się swoim zdrowym okiem.Ufam Corrowi bardziej niż któremukolwiek innemu koniowi wodnemu.W ogóle niepowinienem mu ufać [ Pobierz całość w formacie PDF ]