Home HomeGolon Anne & Golon Serge Angelika 09 Angelika i demonyGolon Anne & Golon Serge Angelika 05 Bunt AngelikiGolon Anne & Golon Serge Angelika 11 Angelika w QuebecuAnne McCaffrey Cykl JeŸdŸcy smoków z Pern (07) Moreta Pani Smoków z PernAnne Stuart Czarny lód 02 Zimny jak lódGolon Anne & Serge Angelika tom11 Angelika w QuebecuWarren Tracy Anne Miłosna pułapka 02 Miłosny fortelAnne Dunan Page The religious culture of the Huguenots, 1660 1750 (2006)Mather Anne Œwiatowe Życie Duo 266 Wenezuelski milioner01 Ryzykowne rozkosze Long Julie Anne Pennyroyal Green
 

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Któregoś razu podrapała sobie ple-cy.Kiedy mama spytała, jak to się stało, skłamała.Rzadko okłamywała matkę, alewtedy był to niekontrolowany impuls, tak samo jak wycieczki na rowerze.Dziew-częta u progu dojrzewania robiły dziwne rzeczy, miewały zwariowane pomysły.Stara Tuonela przemawiała do niej swoim bólem, opuszczeniem i tragedią, aona jej odpowiadała.Dróżka otwarła się na boki. I nagle jej oczom ukazało się miasto, a raczej to, co z niego zostało.Domy wy-glądały, jakby wrosły w ziemię.Zapadły się przez lata, krzywe, zrujnowane, zaro-śnięte zielskiem.Z wyjątkiem młyna na drugim końcu ulicy, większość budynkówbyła niemal całkowicie pożarta przez mech i dzikie wino, drewniane belki spróch-niały i spleśniały.Wszystko, co pozostało na zewnątrz, skrywało się pod zapadnię-tymi dachami.Odszukała wzrokiem kościół ze starą walącą się dzwonnicą.Kamienny murekotaczający cmentarz nie miał nawet metra, więc pokonała go z łatwością.Ukryte w zagajniku orzeszników i topól rosło drzewo, które mogło być dębem.Rachel umiała rozpoznać liście dębu, ale to drzewo nie wypuściło liści.Martwe?Umierające? Wyglądało na zaatakowane jakąś chorobą, pień ściemniał od soku iroił się od mrówek.Jeśli na tym cmentarzu były jakieś groby, to nie pozostał po nich żaden ślad,żaden tradycyjny nagrobek.Rachel podejrzewała, że płaskie kamienie nagrobnepokryły splątana trawa i zielsko.Drewniane krzyże zapewne rozsypały się jużdawno.Wszystko wyglądało na nietknięte.Nic nie zdradzało czyjejś niedawnej wizyty.Rachel dokładnie obejrzała ziemię wokół pnia podejrzanego drzewa.Tylko trawa ichwasty.Ziemia i kamienie.Wyjęła komórkę.Dwie kreski.trzy kreski.Wybrała numer Evana, chcąc prosić go o jakieś wskazówki.Telefon zadzwoniłdwa razy i umilkł.Sprawdziła zasięg.Zero.Wybrała numer jeszcze raz, ale nieuzyskała połączenia, więc wrzuciła komórkę z powrotem do kieszeni.Słyszała brzęczenie pszczół, ćwierkanie ptaków i daleki odgłos sączącej sięwody.W Starej Tuoneli dostawało się gęsiej skórki.To tutaj niewyobrażalnie złyczłowiek szlachtował dzieci i pił ich krew.Ale czasami, tak jak dzisiaj, miasto nie wydawało się takie straszne.Wręczemanowało spokojem.Zapadał zmrok.Rachel włączyła zielone światełko tarczy zegarka.Była tu prawie godzinę.Z wnętrza walącego się kościoła dobiegł jakiś dzwięk.Niemal jak głos.Alboszept.Kobiecy.Ludzki. Rachel zamarła.Poczuła, jak włosy stają jej dęba.Powietrze wokół niej naglezrobiło się gęste, ciężkie, duszące.Uciekaj!Ale zamiast uciekać, ruszyła powoli w stronę kościoła.Chwasty ocierały się onogawki jej dżinsów, a podeszwy adidasów szurały cicho o kamienie chodnika.Szz-szz-szz.Pchnęła ramieniem drzwi kościoła, uchylając je z trudem.Czarne wnętrze zapełniały niewyrazne kształty, zapewne kościelnych ław.Pro-stokątna sala z tynkowanymi ścianami i żelaznym piecykiem na drewno.Co to jest tam, na drugim końcu?Kształt.Kobieta.Victoria.Leżała w czymś metalowym.W cynkowanej wannie.Miała długie, piękne włosy.Pochodziła z innej epoki.Kobieta wstała powoli.Rachel słyszała plusk wody.Ale to nie była woda.Skądś wiedziała, że to niewoda.Victoria wyciągnęła ku Rachel rękę - tak samo jak w kostnicy, smutnym,błagalnym, bezradnym gestem.Chciała, by Rachel weszła do kościoła.Właśnie dlatego nie powinna wyjeżdżać z Kalifornii.Tam nie pokazywali jejsię zmarli.Victoria wciąż przyzywała.Nie rób tego.Nie wchodz tam.Odwróć się i odejdz.Zachowuj się, jakbyś jej nie widziała.Uciekła.Teraz, gdy wreszcie ruszyła, gdy jej ciało zareagowało, biegła jak opętana.Jejstopy frunęły nad ziemią i jakimś cudem nie potykała się.Gałęzie siekły jej ręce itwarz, ale nie zwracała na to uwagi.Nie była w zbyt dobrej formie i po chwili płuca zaczęły ją palić, oddech stał sięgłośny.Mimo to pędziła przed siebie, w ciemność.Tuż przed nią wyrosła postać.Rachel skręciła w prawo.Złapały ją czyjeś ręce.-Hej! Męski głos.Dłonie przytrzymywały ją za ramiona.- Hej, hej, hej! Co się dzieje? Dlaczego pani ucieka? Przepraszam, że paniąwystraszyłem.Ale pani wpadła prosto na mnie.Potrzebowała chwili, by zrozumieć, że to prawdziwy człowiek.- Pani jest Rachel? - zapytał.- Phillip.Przepraszam za spóznienie.Zatrzymalimnie w szkole.Obecność drugiego człowieka natychmiast ją uspokoiła.Otoczył ręką jej ramio-na i poprowadził ze sobą.Ruszyli w stronę skraju lasu i bramy, która teraz byłauchylona [ Pobierz całość w formacie PDF ]