Home HomeSR110. Waverly Shannon Wyspa Harmony 02 Lauren, czyli harmonia doskonałaSaraswati Sunyata, Bodhi Avinasha Jak wyzwolić energię życia Czyli Tantra KriyajogaMaria z Agredy Mistyczne miasto Boże czyli żywot Matki BoskiejDługosz Jan Roczniki czyli kroniki Królestwa Polskiego III IVKraszewski Józef Ignacy Niebieskie migdały czyli marzenia hrabiegoKraszewski Józef Ignacy Ciche wody czyli przewrotnoœć kobietLeżeński Cezary Strachy z pałacowej wieży, czyli Filip detektywemCentral Nervous System Diseases and Inflammation T. Lane, et. al., (Springer, 2008) WWEddings DavMargit Sandemo Cykl Saga o Królestwie ÂŚwiatła (09) Sol z Ludzi Lodu
 

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Alemuszę usunąć się na jakiś czas.Dzieci, niezwykle spokojne i grzeczne, czekały, żeby Peter usmażyłim swoje słynne naleśniki z jagodami, ich ulubione śniadanie.Wdomku zapanowała dziwna atmosfera.Wszystkie zabawki i gry zostałyzabrane ze stolika do kawy w salonie i zapakowane: dziecięca wersjascrabble, boggie i chińskie warcaby.Magiczne flamastry i blokirysunkowe, leżące w holu, znalazły się w oddzielnych plastikowychtorebkach ułożonych obok plecaczków.Zajrzałam do torby zpieluchami Michaela, którą miałam zabrać do samolotu; było w niejwszystko, co potrzeba: chusteczki, książeczki obrazkowe o BobieBudowniczym, kubki z zamykanym wieczkiem i ubranka na zmianę.Na werandzie przed drzwiami frontowymi ustawione już zostały trzyolbrzymie worki marynarskie z zasuniętymi suwakami.Gdy wracałamprzez hol do kuchni, Peter wyszedł mi naprzeciw i podał szklankę sokupomarańczowego.- Twoje narty są przypięte do bagażnika na dachu samochodu -oznajmił.Pokerowa mina, ani śladu emocji.Dzieciaki zaczęły wrzeszczeć, kiedy Peter nie złapał podrzuconychnaleśników na patelnię, tak że upadły na podłogę; wiedziałam, żezrobił to specjalnie.Przygotowując sobie musli, kręciłam się wokółniego.Nie uśmiechnął się, nie otarł o mnie ani nie pogładził mniepalcem po ręce, podając mi filiżankę kawy.Był skupiony na dzieciach,jakby nic się między nami nie zdarzyło.Wszyscy w końcu zasiedliśmy przy stole: ja, dzieci, Peter i Yvette.Podczas śniadania Peter głośno klasnął w ręce.- Słuchajcie wszyscy, chcę coś ogłosić - powiedział.Trójka dziecispojrzała na niego szeroko otwartymi oczami.Yvette, która mimo woli w końcu go polubiła, również nadstawiłauszu. - Mam ważną pracę do wykonania.Pamiętacie program, który wampokazywałem? - Dzieci pokiwały głowami.-Ludzie, którzy zapłacilimi, żebym mógł nad nim pracować, chcą, żebym zrobił coś więcej, coby jeszcze bardziej pomogło dzieciom w szkołach.W oczach Dylana pojawiły się łzy.Wcześniej niż maluchyzrozumiał, o co chodzi.Peter zauważył to, ale nie przerywał.Jakie todo niego niepodobne, pomyślałam.- Muszę więc na jakiś czas wyjechać do Kalifornii - kontynuował.Gracie również zaczęła rozumieć.- Na jak długo? Na cały dzień?- Cóż, potrwa to trochę dłużej, ale obiecuję, że zadzwonię do was,kiedy tylko się dowiem ile.Yvette wciągnęła powietrze i przyłożyła dłoń do ust.Po policzkachDylana stoczyły się łzy.- Dlaczego Dylan płacze? - zapytała Gracie.Teraz z kolei Peterowi do oczu napłynęły łzy i tego już nie mogłamwytrzymać.Odsunęłam krzesło i poszłam do kuchni.Oparta nawyprostowanych rękach, pochyliłam się nad zlewem i zamknęłamoczy.Czułam się pokonana.Gdy wróciłam do holu, przypomniałam sobie pewną scenę zpoprzedniej nocy, przeżytą w mojej sypialni na podłodze przedkominkiem.Leżałam, wyginając plecy, lekko zawstydzona z powoduintensywnej przyjemności, jaką czułam.W pewnej chwili zerknęłamna pierś Petera, unoszącą się i opadającą przed moimi oczami, i urzekłmnie płynny ruch jego ciała.Gdybym dalej snuła to wspomnienie,weszłabym chyba na ścianę.Tymczasem żałobny nastrój panujący przy stole nie zmienił się.Tylko Michael jadł niczego nieświadomy.Yvette zgarniała z blatuokruszki, Gracie przeczesywała pulchnymi paluszkami włosy swojejBarbie, próbując je rozplątać.Zauważyłam, że układa usta wpodkówkę, jak zawsze, gdy zbierało jej się na płacz.Nagle Peter wziąłDylana na ręce, czego nigdy nie robił, z powodu jego wzrostu i wagi, iprzytulił do siebie, siedząc na kanapie.Uściskał go mocno.Dylan, w pozycjiembrionalnej, rozszlochał się jak małe dziecko.Peter zaczął gokołysać.- No już, kolego.To nie potrwa wiecznie, tylko przez jakiś czas.Pamiętasz tę wieżę kontrolną, którą zbudowaliśmy? Zajęło to namchyba ze cztery dni, a nie przypuszczałem, że potrafisz być aż takcierpliwy.Do diabła, sam nie mogłem się doczekać, kiedy skończymy.Ale wtedy powiedziałeś mi, że cierpliwość to najważniejsza zaleta.Pamiętasz? Sam mówiłeś, że najważniejsza jest cierpliwość.A tawieża była tak cholernie.Dylan rozszlochał się na dobre.Nic go nie obchodziła żadna wieża zklocków lego.Pękało mu serce.- Nie możesz tak po prostu wyjechać.To nie fair!- Dylan, chłopie, nie opuszczam cię.- Właśnie że tak.- Potem wykrzyknął między kolejnymi i szlochami:- Najpierw tata, a teraz ty, wciąż to samo!- Dylan, przestań.- Peter zwrócił jego twarz w swoją stronę, wciążkołysząc go w ramionach.- Przestań.To nie tak.Tata wcale cię nieopuścił, kocha cię nad życie.A ja kocham cię tak samo.- Nie będziesz mieszkać nawet w tym samym stanie.Teraz Gracieprzydreptała do Petera i przytuliła się do niego.- Ale przyjedziesz jeszcze kiedyś do nas?- Tak.Oczywiście.Tylko nie od razu, maleńka.Ona jednak również pociągnęła nosem i zapatrzyła się w dal, zkciukiem w buzi, nie bardzo wiedząc, dlaczego Dylan tak płacze, i niemogąc zrozumieć, dlaczego Peter ma zniknąć z jej krótkiego życia.Godzinę pózniej Peter wsunął ostatnią torbę do samochodu.Położyłam klucz od domku na stole w holu, zatrzasnęłam drzwi iruszyłam do wozu.Peter wsiadł za kierownicę, ja zajęłam miejsceobok niego.Dzieci na tylnych siedzeniach milczały.Byłamzdenerwowana.Po głowie krążyły mi niepo- kojące myśli.Zaczęło mi strzykać w uszach, gdy zjeżdżaliśmy krętądrogą w kierunku lokalnego lotniska.Choć nie chciałam przyznać Peterowi racji, rzeczywiście niepotrafiłabym w tej chwili włączyć go do mojego życia.Samodzielnośćmogła mi tylko dobrze zrobić.Miał też słuszność co do mojej pracy:zaangażowanie się wraz z Erikiem w produkcję filmu dokumentalnegopowinno mieć uzdrawiający efekt i dodać mi energii.Potrzebowałampracy, żeby się na czymś skupić.I gdy tylko uzmysłowiłam sobie, żemam zajęcie, przestałam się denerwować.Przeszliśmy w milczeniu przez kontrolę bagażu.Peter odprowadziłnas do bramy, niosąc smutnego Dylana, który opierał głowę na jegoramieniu.Gdy znalezliśmy się przy bramie, pożegnał się z dziećmi, a teruszyły już dalej z Yvette, która omal nie udusiła Petera, po razpierwszy tak serdecznie się z nim żegnając i przyciskając go do swoichogromnych piersi.Potem poszła z dziećmi do samolotu [ Pobierz całość w formacie PDF ]