Home HomeCourths Mahler Jadwiga Testament starego dziwakaŁuszczewska Jadwiga Pamiętnik 1834 1897Johansen Jorunn Tajemnica Wodospadu 09 Œlady w lesieKlątwa utopców Iwona BanachSmith Deborah Sobie przeznaczeni(1)Zofia Kossak Szczucka Szaleńcy BożyLee Edward GolemAllen Charlotte Vale Kolorowe snyJózef Ignacy Kraszewski AnafielasDziedzictwo Skye 04 Królewska intryga Bertrice Small
 

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
.Mam dziś sporoklientów.Nie odpowiedział, tylko dłonią nakrył jej dłoń, spo-czywającą na blacie stolika.Nie cofnęła ręki.Ruszyli w stronę hallu, przepychając się między za-tłoczonymi stolikami.Koło szatni czekał już cywil z paczkądla kapitana.Za chwilę siedzieli w samochodzie.Punktualnie o godzinie dziewiętnastej Kosiński zameldowałsię na jedenastym piętrze wieżowca przy ulicy Nowowiejskiej.Otworzyła mu drzwi drobna, siwa kobietka o wesołych oczachi gładkiej, opalonej twarzy.Zaprosiła go do pokoju, gdzie naspecjalnym stoliku królował już magnetofon.Drugi stolikzastawiony był różnymi smakołykami oraz filiżankami dokawy.Na półeczce koło wersalki puszył się w glinianymdzbanie ogromny bukiet gerberów.- W dniu dzisiejszym pożegnałam swój zakład pracy i odtądwystępować mi przyjdzie w roli emerytki - wyjaśniłagospodyni.- Jedno oblewanie już było, teraz należałoby jepoprawić, ale czy pan przypadkiem nie prowadzi?- Niestety, prowadzę - roześmiał się kapitan - poprawiny odłóżmy więc na stosowniejszy moment.- Szkoda - bąknęła pani - ale bardzo się cieszę, że mogępana gościć u siebie i to w dniu mojej generalnej stypy.Niewiele się pan zmienił przez te wszystkie lata, może tylkowyprzystojniał pan jeszcze, no i zmężniał.Proszę, niechżepan siada.Spojrzeli na siebie z uśmiechem; kapitan zajął wskazane mumiejsce, gospodyni natomiast zakrzątnęła się szybko, stawiającna stole dzbanek z parującą kawą.- Picie kawy nie przeszkodzi nam chyba w słuchaniu,prawda? A wydaje mi się, że pan się pali do tegoopowiadania.Zaznaczyłam na taśmie fragment dotyczącySarenki.Kapitan skinął głową z wdzięcznością.- Ale czy może mi pan powiedzieć, panie kapitanie,dlaczego właśnie to opowiadanie jest takie ważne?- No, wie pani.Czy ważne, czy nie, będę wiedział dopieropo przesłuchaniu taśmy.Myślę, że uzyskam od pani szereginformacji dodatkowych.Wtedy się zorientuję, czy mojedomysły są słuszne, czy też to kompletne pudło.Dlategowcześniej nie mogę nic powiedzieć, już choćby dlatego, abypani niczym nie zasugerować.- Rozumiem - odpowiedziała pani - a więc: zaczynamy.Zgasiła górne światło, zostawiając tylko zapaloną lampęstojącą na stoliczku koło wersalki.Pokój zatonął w półmroku.Dopiero wtedy włączyła magnetofon.Za chwilę w pokojuzabrzmiał nieco zmieniony, lecz melodyjny głos gospodyni: Przez ścianę z naszą celą znajdowała się duża cela numerdwanaście, tzw.dochodzeniowa, ponieważ rezydowały tamwięzniarki, których jedynym przestępstwem było żydowskiepochodzenie i zamieszkiwanie poza terenem getta.Towarzystwo było dosyć wyselekcjonowane; siedziały tampanie z tzw.towarzystwa - a więc różne lekarki, adwokatki,nauczycielki lub też żony ludzi podobnego pokroju i wykształ- cenia.Była jedna autentyczna austriacka baronowa, była żonadyrektora pewnego towarzystwa ubezpieczeniowego, a takżeżona znanego naukowca.Między nimi znalazła się młodadziewczyna, około osiemnastoletnia, Sara Gruber, którazmieniła imię Sara na Helena '.Kapitan drgnął, stanęły mu przed oczami inicjały podzdjęciami mecenasowej - H.G.Czyżby to oznaczało HelenaGruber? Słuchał jednak dalej, nie przerywając.Magnetofonsączył swoją opowieść: Helenka, którą nazywałyśmy uparcie Sarenką, nie zewzględu na jej imię, lecz dla prostych, pięknych nóg, byłatancerką i miała również, może nieduży, ale bardzo miłygłosik.Zapraszałyśmy ją więc dosyć często do naszej celi, abyuprzyjemniała nam wlokące się w nieskończoność godzinytańcem i śpiewem.Była pełna życia, humoru i umiałanaprawdę urozmaicać nam szare dni, wyrwać nas z nastrojuprzygnębienia.Ktoś może zapytać, jak to było możliwe, czy regulaminwięzienny pozwalał na takie odwiedziny? Oczywiście, że nie,jednak w godzinach popołudniowych, kiedy niemieckipersonel z komendantką na czele opuszczał gmach więzienny,dyżurujące po południu strażniczki, przeważnie Polkizmuszone przez Niemców do pełnienia tej niemiłej funkcji,starały się, jak mogły, ułatwić życie zmaltretowanymwięzniom.Otwierały więc cele i udawały, że nie widzą, jakwięzniarki przemykają się z celi do celi.Helenka była ichulubienicą, nie robiły więc trudności, gdy chciała się do nasdostać.Była pełna optymizmu; od aryjskiego narzeczonegootrzymywała olbrzymie paczki oraz wielostronicowe listy, wktórych zapewniał, że niedługo wydobędzie ukochaną zwięzienia.W jaki sposób miało się to odbyć, Helenka niemówiła.Pod tym względem okazywała stanowczość i niepuszczała pary z ust.Bała się widocznie, aby coś, a raczej ktośnie przeszkodził jej w realizacji tych planów.Współtowarzyszki z jej celi śmiały się po cichu, uważając,że narzeczony po prostu chce jej osłodzić rozłąkę oraz pobyt w zamknięciu.Helenka nie zwracała uwagi na znaczące minyi ironiczne uśmiechy.Z biegiem czasu jednak listy i paczkizaczęły przychodzić coraz rzadziej; narzeczony pisał, że brakmu pieniędzy, ponieważ starania o wydostanie ukochanej zwięzienia pochłaniają ogromne sumy.Zapewniał, że już nie-długo.Po pewnym czasie listy i paczki urwały się zupełnie.Helenka przybladła, uśmiechała się i śpiewała coraz rzadziej.Towarzyszki niedoli przestały jej dokuczać, starały się jąpocieszyć, jak umiały.Tak nadszedł dwudziesty czwarty czerwca, dzień, któregonie zapomnę do końca życia.Transport do Treblinki.Z całego więzienia wygarnięto wszystkich więzniówżydowskiego pochodzenia.Z naszej celi zabrano małą Czeszkę- Beatę P.oraz panią Zosię W.- żonę wysokiego urzędnikajednego z Towarzystw Ubezpieczeniowych.Z pierwszegopiętra poszły również dwie więzniarki.Ponadto cała celadwunasta, dwudziesta z trzeciego piętra, a także dwudziestaczwarta, gdzie siedziały żebraczki i nędzarki.Niektóre z nichbyły tak chude, że trudno było zrozumieć, w jaki sposób udajeim się utrzymać przy życiu.Pod więzieniem stały ciężarówki, na które bez końcaładowano kobiety i mężczyzn.A po schodach szły wciąż dalszeszeregi skazanych na śmierć; rozlegał się klekot drewnianychpodeszew i nieludzki, przejmujący lament.Nigdy nie zapomnę krzyku Beaty, która rozpaczliwiechwytała się futryny i którą siłą wypchnięto na korytarz [ Pobierz całość w formacie PDF ]